• Kolejny raz „wyprawa” do puszczy Bukowej. Tym razem głębiej. Przejeżdżając trasą poznańską gdzieś w okolice Szczecin Żydowce wzdłuż drogi A6 dociera sie do miejsca docelowego. Nazwano je Uroczysko Mosty.

    Na kompleks składaja sie 3 mosty oddalone od siebie o około 150 metrów.

     Każdy z nich ma inną konstrukcję, co jeszcze nie wydaje się takie dziwne. Jak jednak uzasadnić różnice konstrukcyjne elementów tego samego mostu? Jeden z nich podpiera się jedną stroną na betonowej ścianie, drugą natomiast na betonowej ramie. Kolejny z jednej strony ma żelbetowy łuk, z drugiej już zwykłą, ceglaną ścianę. Trzeci z nich wsparty jest na rzędzie trzech podpór, z których każda ma inny przekrój. Począwszy od okrągłego, przez kwadratowy, na ośmiobocznym kończąc, a obok nich stoi jeszcze jedna, samotna podpora.

    Biorąc pod uwagę, że to właśnie Szczecin podczas II WŚ był jednym z głównych ośrodków saperskich III Rzeszy, istnieje hipoteza, iż są to mosty saperskie – szkoleniowe.

     Kluczem do zagadki jest 16 jednakowych otworów, które umieszczono w dwóch rzędach na jednym z filarów, a można ich znaleźć więcej na innych budowlach. Wojskowi są przekonani, że te otwory to typowe rozwiązanie, przygotowane do wysadzania mostu. Ukośne ich ułożenie sprawia, że podczas wybuchu filar zostaje ścięty pod kątem, a jego pozostałości utrudniają lub całkowicie uniemożliwiają budowę jakiejkolwiek przeprawy w tym samym miejscu.

    FOTO:

    Image

    Image

    Bonus, przy okazji zajechaliśmy na maszt w Kołowie, 267 m robi wrażenie 🙂

    Image

  • Puszcza Bukowa zwana popularnie Bukową knieją położona przy południowo-wschodnich dzielnicach Szczecina na Wzgórzach Bukowych. Istnieje bardzo duża możliwość dojazdu z centrum masta, do Basenu Górniczego z przesiadką dalej. Na jej terenie istnieje ponad 110 pomników przyrody, również tych o podtekście historycznym.

    Znajdował się tutaj tzw. młyn prochowy, dzisiaj pozostałości średniowiecznego młyna zbożowego nad strumieniem Chojnówka. Określone mianem uroczyska, polany o tle historyczno – naukowo – przyrodniczym itd., młyn zbudowany został w XIII w. Od 1274 jego właścicielami byli zakonnicy z nieopodal oddalonej wioski.

    Jego nazwa, Szwedzki, pochodzi od jego nabywców podczas wojny 30-sto letniej, którzy produkowali tu proch, lecz zaraz po ukończeniu konfliktu opuścili oni jego progi.

    w I połowie XIX wieku piecze nad nim przejął  Friedrich Jaeckel. Niemiecki przedsiębiorca przekształcił owy na wytwórnie papieru pod swoją fabryke cementu znajdująca sie w pobliskich Zdrojach.

    Nieopodal, ok. 100 metrów dalej, znajduje się kamienna, nagrobkowa płyta, upamiętniająca właścicieli „Stern” Fredricha i Friederike Jaeckel.

    Nowy właścicie, Johannes Baumeister, przejął obiekt w 1880 roku i przekształcił go w punkt gastronomiczno – turystyczny. Po jego śmierci, po II WŚ, młyn nie został zagospodarowany i popadł w totalną ruine.

    Obecnie widoczne są tylko znikomo widoczne fragmenty obiektu przedstawione na powyższych zdjęciach.


  • 21 kilometrów od Szczecina znajduje się stare miasteczko z licznymi pozostałościami II WŚ, min. Stara fabryka paliwa syntetycznego na skraju miasta. Poniżej krótka historia miasta i samej fabryki z lat 38′ – 46′, oraz galeria zdjęć z dnia 16 maja bieżącego roku.

    W 1937 roku na przedmieściach Szczecina, w miasteczku Politz, zaczęły powstawać zakłady benzyny syntetycznej Hydrierwerke Politz AG, które po rozbudowie w latach wojny stały się jednymi z największych tego typu w Rzeszy. Wczesną wiosną 1944 roku w Policach wytwarzano miesięcznie 61.000 ton syntetycznych materiałów pędnych, czyli około 20 procent całej produkcji Niemiec, w tym 50.000 ton benzyny lotniczej co stanowiło aż 28 procent ogólnej produkcji Rzeszy. Nie dało się ukryć tak wielkich zakładów, zbudowanych w pobliżu ujścia Odry do Zalewu Szczecińskiego. Meldunki o produkcji benzyny syntetycznej w Policach przekazywał aliantom wywiad AK, a także działający w Niemczech agent amerykański, którym był -co wiemy dzisiaj – cieszący się zaufaniem władz hitlerowskich szwedzki handlowiec Erik Erickson. Już w latach 1941-1942 nad rozbudowującymi się zakładami w Policach pojawiały się samoloty zwiadowcze aliantów, ale generalny atak miał dopiero nastąpić. W czasie wojny w Policach funkcjonowały liczne obozy pracy i filia obozu koncentracyjnego Stutthof, ale wyjątkowo złowrogą rolę odegrał obóz urządzony na zacumowanym w odnodze Odry s/s „Bremerhaven”. Na tym statku od wiosny 1940 roku przebywało jednorazowo około 1200 więźniów, a warunki socjalno-bytowe były znacznie gorsze niż w obozach na lądzie. Głód, choroby, bicie i przeróżne szykany esesmańskiej załogi dziesiątkowały więźniów. Nic dziwnego, że „Bremerhaven” szybko zyskał miano „statku śmierci”. Oprócz więźniów specjalnego obozu karnego, którzy w liczbie l 00-150 wegetowali na samym dnie w dziobowej części statku, w warunkach przypominających piekło Dantego, pozostali więźniowie codziennie chodzili do pracy, przede wszystkim do odległej o kilka kilometrów fabryki benzyny syntetycznej, gdzie wykonywali najtrudniejsze i najbardziej niebezpieczne prace. Więźniowie z „Bremerhaven” byli świadkami nalotu na Hydrierwerke i pobliski port, który przeprowadzili Brytyjczycy w marcu 1943 roku. Była noc – wspominali świadkowie – gdy więźniów z „Bremerhaven” zagoniono do akcji ratowniczej na terenie płonącej fabryki benzyny syntetycznej. W panującym rozgardiaszu trzem więźniom, korzystającym z pomocy Niemca -antyfaszysty, udało się uciec. Po tym nalocie niemieckie kierownictwo zakładów poleciło zbudować schrony przeciwlotnicze dla załogi, w tym również robotników przymusowych i więźniów obozów pracy. Zadanie to zlecono właśnie tym ostatnim. Czesław Gołowacz, więzień polickiej filii obozu koncentracyjnego Stutthof, tak później wspominał: Pewnego dnia przekonaliśmy się o wytrzymałości bunkrów, które zbudowaliśmy. Było to po obiedzie, w miesiącu sierpniu. Będąc w fabryce usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk: Fliegeralarm! Zapędzili nas do pierwszego bunkra. Wejście i wyjście było w bunkrze z dwu stron, przy wejściach siedzieli esesmani. Samoloty rzucały bomby po całym terenie fabryki. W czasie bombardowania bunkier cały chwiał się, jedni więźniowie modlili się, a drudzy przeklinali tych, co się modlą i lotników, że nie umieją rzucać bomb… Większość z wybudowanych wówczas schronów, przez więźniów zwanych bunkrami, w dość dobrym stanie przetrwała do dziś.

    Wróćmy jednak do lat wojny. Do najcięższych bombardowań zakładów polickich doszło wiosną 1944 roku: w nocy z 12 na 13 maja 1944 roku oraz w samo południe drugiego dnia Zielonych Świątek, czyli 29 maja. Polski robotnik przymusowy wspominał: – Pomimo gęstego ognia artylerii przeciwlotniczej, eskadry w prostej linii poszły na Police i nie zmieniając kierunku lotu obrzuciły dokładnie to koło, które kilka minut wcześniej wyznaczył pojedynczy samolot. Cała ta akcja odbyła się w bardzo krótkim czasie, tak że obrona zakładów nie zdążyła nawet podpalić wszystkich beczek z płynem dla utworzenia dymnej zasłony. Więźniów Stutthofu zagoniono do oczyszczania dróg zakładowych, zasypywania lejów pełnych benzyny i wreszcie usuwania zniszczeń. Niektórych skierowano także do wyjątkowo niebezpiecznej pracy -rozbrajania bomb, które nie eksplodowały. Niemcy nie dali za wygraną. Do odbudowy zniszczonych fabryk benzyny syntetycznej skierowano tysiące – w tym również ściągniętych z frontów – wysoko kwalifikowanych specjalistów, rzesze robotników przymusowych i więźniów obozów koncentracyjnych. Wśród kilku innych, także Hydrierwerke Politz AG musiały bowiem dawać gospodarce niemieckiej życiodajne dla walczącej na frontach armii tony paliwa. Udało się. W listopadzie 1944 roku w zakładach polickich wyprodukowano 14.000 ton paliw syntetycznych, ale kolejna seria nalotów alianckich w grudniu 1944, w tym w Wigilię Bożego Narodzenia i styczniu 1945 roku, unicestwiła tę gałąź niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Z Hydrierwerke Politz AG zostały dziesiątki kilometrów zniszczonych rur i instalacji produkcyjnych oraz ruiny żelbetowych obiektów fabrycznych. Te ostatnie można obejrzeć jeszcze dzisiaj, ale poskręcane w żarze eksplozji i pożarów żelastwo instalacji produkcyjnych kogoś jednak po wojnie zainteresowało. Kogo i dlaczego? Na poczdamskiej konferencji Wielkiej Trójki podjęto tylko strategiczną decyzję, że Szczecin będzie należał do Polski. Na mapie, którą posługiwali się przywódcy USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii, wykreślono nawet granicę – prostą linię na zachód od miasta. W następnych dwóch miesiącach Polacy i wojskowi radzieccy z Naczelnego Dowództwa Wojsk Okupacyjnych w Niemczech wytyczyli w terenie przebieg linii granicznej w rejonie Szczecina. I gdy 4 października 1945 roku miano wreszcie obejmować podszczecińskie miejscowości, które przypadły Polsce, nagle okazało się, że Polic – przewidzianych na stolicę powiatu – przejmować nie wolno! Wśród szczecińskich Polaków zapanowała konsternacja. Co się stało? Po kilku godzinach sprawa się wyjaśniła. Dowództwo wojsk radzieckich w Niemczech postanowiło – jak wspominał po latach pierwszy polski prezydent Szczecina Piotr Zaremba – zwrócić się do rządu polskiego z prośbą, aby na przeciąg jednego roku wyłączyć Police z polskiej administracji cywilnej, a to z uwagi na znajdujące się w tym rejonie wielkie poniemieckie obiekty przemysłu wojennego. Rosjanie nie czekali nawet na rozpatrzenie swej „prośby” przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej RP. Komendant wojenny Polic otrzymał rozkaz numer O 168, by do miasta nie wpuszczać Polaków i basta.

    Dlaczego Rosjanie tak interesowali się Policami? Odpowiedź jest prosta, ale jednocześnie niezrozumiała. W kwietniu 1945 roku Armia Czerwona zajęła Politz, w tym całkowicie zniszczone zakłady syntetycznej benzyny. Rosjan zainteresowała ich nowoczesna – na owe czasy – technologia uwodorowiania węgla i choć zakłady polickie leżały w gruzach, a dziesiątki kilometrów rur i instalacji produkcyjnych były w znacznej mierze zniszczone, postanowili zdemontować wszystko i wywieźć do ZSRR. I tego nie można zrozumieć. Wszak ówczesny Związek Radziecki dysponował ogromnymi złożami ropy naftowej i nie musiał produkować paliw syntetycznych. Ale Rosjanie chcieli zapewne poznać technologię ich produkcji. Do Polic przyjechali inżynierowie radzieccy, pod których nadzorem Niemcy – jeńcy wojenni i zaangażowani do tej pracy robotnicy cywilni zdemontowali rzeczy wiście wszystko. Pozostały tylko gołe, często naruszone przez alianckie bomby żelbetowe mury dawnej fabryki i kopce ruin, które na wielu hektarach, na zachód od szosy Szczecin -Trzebież porasta dziś bujna zieleń.

    Dla Polaków, z trudem zagospodarowujących wówczas tak zwane ziemie odzyskane, problemem politycznym było istnienie enklawy polickiej. Była ona – pisał Piotr Zaremba we „Wspomnieniach prezydenta Szczecina 1945-1950” – przedmiotem naszej nieustannej troski, stanowiąc w obrębie polskiego obszaru państwowego wyodrębnioną jednostkę bez bliżej określonej osobowości prawnej. Poddana tymczasowemu zarządowi radzieckich władz wojskowych, posiadała ona własną lokalną administrację cywilną. Niemiecką. I to właśnie niepokoiło Polaków, że na skrawku ziem Rzeczypospolitej nadal rządzili Niemcy. W innym miejscu swych wspomnień Zaremba bowiem pisze: – Wielokrotnie przejeżdżałem przez teren enklawy […]. Obszar ten sprawiał przygnębiające wrażenie. Administracja niemiecka, tolerowana tam przez władze wojskowe, przejawiała absolutną nieudolność i celowo uchylała się od pełnienia swych obowiązków. Rosjanie dotrzymali słowa. Niespełna rok od wydania rozkazu numer O 168 enklawa policka przestała istnieć. Jej fragmenty przekazywano Polsce etapami już zresztą wcześniej, na przykład 8 lipca 1946 roku Polacy objęli we władanie Skolwin – północną dzielnicę Szczecina, a dwa miesiące później rozpoczęło się przekazywanie Polic, zrazu miasta, a potem terenów byłych zakładów Hydrierwerke P6litz AG. W końcu września 1946 roku ten mało znany epizod z dziejów Pomorza Zachodniego został zakończony.

    Treść artykułu: (Leszek Adamczewski, „Odkrywca”, nr 25, styczeń 2001)

    DOJAZD : SZCZECIN – POLICE (autobusy linia 102, 103, 107)

     

     

  • W okolicach, a przede wszystkim samym Szczecinie znajduje się grubo ponad 200 takowych obiektów. Na pierwszym etapie artykułu – opis postaci Otto von Bismarcka, w kolejnej części streszczenie tej najważniejszej i największej – Gocławskiej.

    W dużym streszczeniu opisując osobę Ottona von Bismarcka – kanclerz Niemiec, który przyczynił się do zjednoczenie Niemiec, zwany ŻELAZNYM KANCLERZEM. Skupiając się  na jego dokonaniach w dziedzinie architektury za jego życia powstało 17 wież nazwanych od jego nazwiska w tym ta najważniejsza, największa.

    Wieża Bismarcka, zwana Gocławską od swojej lokalizacji (Gocław – dzielnica Szczecina) wykonana jest z betonu  licowananego z zewnątrz wapieniem muszlowym, ma 25 metrów wysokości i posiada taras widokowy z którego rozciąga się widok na Odrę, ale nie jest udostępniona do zwiedzania. Jednak nie sprawia to żadnych trudności w pokonaniu stalowych drzwiczek i dostania się na górne tarasy wieży. Jeżeli chodzi o największą ilość zainteresowanych przysłowiowym zwiedzaniem, cieszą się alpiniści. Na wieże, ku górze, wiedzie kilkanaście jak nie kilkadziesiąt dróg.

    Kwestia sporna w sprawie „posiadania na własność” wieży została rozwiązana prawomocnym wyrokiem sądu dopiero po siedmiu latach. „Inwestorzy” , nie spełnili wymagań odrestaurowanie i zamienienia obiektu w centrum turystyczne, lecz po wieloletniej rozprawie kurator postanowił pozostawić zabytek w rękach nabywców.

    DOJAZD: z centrum miasta najszybszą drogą wiodąca do pętli Gocław jest linia tramwajowa nr. 6, z pętli Gocław ok 5 minut pieszo ku najwyższemu wzgórzu północnej części Szczecina – Zielone Wzgórze- wzdłuż ulicy Narciarskiej.

    Tekst wytłuszczony w artykule: http://www.naszewycieczki.pl/index2.php?option=com_content&task=view&id=181&Itemid=0&pop=1&page=0

    Na koniec ciekawostka – niespodzianka 🙂 widok z najwyższego tarasu, na Odrę i okolice:

    http://www.youtube.com/watch?v=R7WuZ4ifoy8