Police, stara fabryka paliwa syntetycznego 2012

21 kilometrów od Szczecina znajduje się stare miasteczko z licznymi pozostałościami II WŚ, min. Stara fabryka paliwa syntetycznego na skraju miasta. Poniżej krótka historia miasta i samej fabryki z lat 38′ – 46′, oraz galeria zdjęć z dnia 16 maja bieżącego roku.

W 1937 roku na przedmieściach Szczecina, w miasteczku Politz, zaczęły powstawać zakłady benzyny syntetycznej Hydrierwerke Politz AG, które po rozbudowie w latach wojny stały się jednymi z największych tego typu w Rzeszy. Wczesną wiosną 1944 roku w Policach wytwarzano miesięcznie 61.000 ton syntetycznych materiałów pędnych, czyli około 20 procent całej produkcji Niemiec, w tym 50.000 ton benzyny lotniczej co stanowiło aż 28 procent ogólnej produkcji Rzeszy. Nie dało się ukryć tak wielkich zakładów, zbudowanych w pobliżu ujścia Odry do Zalewu Szczecińskiego. Meldunki o produkcji benzyny syntetycznej w Policach przekazywał aliantom wywiad AK, a także działający w Niemczech agent amerykański, którym był -co wiemy dzisiaj – cieszący się zaufaniem władz hitlerowskich szwedzki handlowiec Erik Erickson. Już w latach 1941-1942 nad rozbudowującymi się zakładami w Policach pojawiały się samoloty zwiadowcze aliantów, ale generalny atak miał dopiero nastąpić. W czasie wojny w Policach funkcjonowały liczne obozy pracy i filia obozu koncentracyjnego Stutthof, ale wyjątkowo złowrogą rolę odegrał obóz urządzony na zacumowanym w odnodze Odry s/s „Bremerhaven”. Na tym statku od wiosny 1940 roku przebywało jednorazowo około 1200 więźniów, a warunki socjalno-bytowe były znacznie gorsze niż w obozach na lądzie. Głód, choroby, bicie i przeróżne szykany esesmańskiej załogi dziesiątkowały więźniów. Nic dziwnego, że „Bremerhaven” szybko zyskał miano „statku śmierci”. Oprócz więźniów specjalnego obozu karnego, którzy w liczbie l 00-150 wegetowali na samym dnie w dziobowej części statku, w warunkach przypominających piekło Dantego, pozostali więźniowie codziennie chodzili do pracy, przede wszystkim do odległej o kilka kilometrów fabryki benzyny syntetycznej, gdzie wykonywali najtrudniejsze i najbardziej niebezpieczne prace. Więźniowie z „Bremerhaven” byli świadkami nalotu na Hydrierwerke i pobliski port, który przeprowadzili Brytyjczycy w marcu 1943 roku. Była noc – wspominali świadkowie – gdy więźniów z „Bremerhaven” zagoniono do akcji ratowniczej na terenie płonącej fabryki benzyny syntetycznej. W panującym rozgardiaszu trzem więźniom, korzystającym z pomocy Niemca -antyfaszysty, udało się uciec. Po tym nalocie niemieckie kierownictwo zakładów poleciło zbudować schrony przeciwlotnicze dla załogi, w tym również robotników przymusowych i więźniów obozów pracy. Zadanie to zlecono właśnie tym ostatnim. Czesław Gołowacz, więzień polickiej filii obozu koncentracyjnego Stutthof, tak później wspominał: Pewnego dnia przekonaliśmy się o wytrzymałości bunkrów, które zbudowaliśmy. Było to po obiedzie, w miesiącu sierpniu. Będąc w fabryce usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk: Fliegeralarm! Zapędzili nas do pierwszego bunkra. Wejście i wyjście było w bunkrze z dwu stron, przy wejściach siedzieli esesmani. Samoloty rzucały bomby po całym terenie fabryki. W czasie bombardowania bunkier cały chwiał się, jedni więźniowie modlili się, a drudzy przeklinali tych, co się modlą i lotników, że nie umieją rzucać bomb… Większość z wybudowanych wówczas schronów, przez więźniów zwanych bunkrami, w dość dobrym stanie przetrwała do dziś.

Wróćmy jednak do lat wojny. Do najcięższych bombardowań zakładów polickich doszło wiosną 1944 roku: w nocy z 12 na 13 maja 1944 roku oraz w samo południe drugiego dnia Zielonych Świątek, czyli 29 maja. Polski robotnik przymusowy wspominał: – Pomimo gęstego ognia artylerii przeciwlotniczej, eskadry w prostej linii poszły na Police i nie zmieniając kierunku lotu obrzuciły dokładnie to koło, które kilka minut wcześniej wyznaczył pojedynczy samolot. Cała ta akcja odbyła się w bardzo krótkim czasie, tak że obrona zakładów nie zdążyła nawet podpalić wszystkich beczek z płynem dla utworzenia dymnej zasłony. Więźniów Stutthofu zagoniono do oczyszczania dróg zakładowych, zasypywania lejów pełnych benzyny i wreszcie usuwania zniszczeń. Niektórych skierowano także do wyjątkowo niebezpiecznej pracy -rozbrajania bomb, które nie eksplodowały. Niemcy nie dali za wygraną. Do odbudowy zniszczonych fabryk benzyny syntetycznej skierowano tysiące – w tym również ściągniętych z frontów – wysoko kwalifikowanych specjalistów, rzesze robotników przymusowych i więźniów obozów koncentracyjnych. Wśród kilku innych, także Hydrierwerke Politz AG musiały bowiem dawać gospodarce niemieckiej życiodajne dla walczącej na frontach armii tony paliwa. Udało się. W listopadzie 1944 roku w zakładach polickich wyprodukowano 14.000 ton paliw syntetycznych, ale kolejna seria nalotów alianckich w grudniu 1944, w tym w Wigilię Bożego Narodzenia i styczniu 1945 roku, unicestwiła tę gałąź niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Z Hydrierwerke Politz AG zostały dziesiątki kilometrów zniszczonych rur i instalacji produkcyjnych oraz ruiny żelbetowych obiektów fabrycznych. Te ostatnie można obejrzeć jeszcze dzisiaj, ale poskręcane w żarze eksplozji i pożarów żelastwo instalacji produkcyjnych kogoś jednak po wojnie zainteresowało. Kogo i dlaczego? Na poczdamskiej konferencji Wielkiej Trójki podjęto tylko strategiczną decyzję, że Szczecin będzie należał do Polski. Na mapie, którą posługiwali się przywódcy USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii, wykreślono nawet granicę – prostą linię na zachód od miasta. W następnych dwóch miesiącach Polacy i wojskowi radzieccy z Naczelnego Dowództwa Wojsk Okupacyjnych w Niemczech wytyczyli w terenie przebieg linii granicznej w rejonie Szczecina. I gdy 4 października 1945 roku miano wreszcie obejmować podszczecińskie miejscowości, które przypadły Polsce, nagle okazało się, że Polic – przewidzianych na stolicę powiatu – przejmować nie wolno! Wśród szczecińskich Polaków zapanowała konsternacja. Co się stało? Po kilku godzinach sprawa się wyjaśniła. Dowództwo wojsk radzieckich w Niemczech postanowiło – jak wspominał po latach pierwszy polski prezydent Szczecina Piotr Zaremba – zwrócić się do rządu polskiego z prośbą, aby na przeciąg jednego roku wyłączyć Police z polskiej administracji cywilnej, a to z uwagi na znajdujące się w tym rejonie wielkie poniemieckie obiekty przemysłu wojennego. Rosjanie nie czekali nawet na rozpatrzenie swej „prośby” przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej RP. Komendant wojenny Polic otrzymał rozkaz numer O 168, by do miasta nie wpuszczać Polaków i basta.

Dlaczego Rosjanie tak interesowali się Policami? Odpowiedź jest prosta, ale jednocześnie niezrozumiała. W kwietniu 1945 roku Armia Czerwona zajęła Politz, w tym całkowicie zniszczone zakłady syntetycznej benzyny. Rosjan zainteresowała ich nowoczesna – na owe czasy – technologia uwodorowiania węgla i choć zakłady polickie leżały w gruzach, a dziesiątki kilometrów rur i instalacji produkcyjnych były w znacznej mierze zniszczone, postanowili zdemontować wszystko i wywieźć do ZSRR. I tego nie można zrozumieć. Wszak ówczesny Związek Radziecki dysponował ogromnymi złożami ropy naftowej i nie musiał produkować paliw syntetycznych. Ale Rosjanie chcieli zapewne poznać technologię ich produkcji. Do Polic przyjechali inżynierowie radzieccy, pod których nadzorem Niemcy – jeńcy wojenni i zaangażowani do tej pracy robotnicy cywilni zdemontowali rzeczy wiście wszystko. Pozostały tylko gołe, często naruszone przez alianckie bomby żelbetowe mury dawnej fabryki i kopce ruin, które na wielu hektarach, na zachód od szosy Szczecin -Trzebież porasta dziś bujna zieleń.

Dla Polaków, z trudem zagospodarowujących wówczas tak zwane ziemie odzyskane, problemem politycznym było istnienie enklawy polickiej. Była ona – pisał Piotr Zaremba we „Wspomnieniach prezydenta Szczecina 1945-1950” – przedmiotem naszej nieustannej troski, stanowiąc w obrębie polskiego obszaru państwowego wyodrębnioną jednostkę bez bliżej określonej osobowości prawnej. Poddana tymczasowemu zarządowi radzieckich władz wojskowych, posiadała ona własną lokalną administrację cywilną. Niemiecką. I to właśnie niepokoiło Polaków, że na skrawku ziem Rzeczypospolitej nadal rządzili Niemcy. W innym miejscu swych wspomnień Zaremba bowiem pisze: – Wielokrotnie przejeżdżałem przez teren enklawy […]. Obszar ten sprawiał przygnębiające wrażenie. Administracja niemiecka, tolerowana tam przez władze wojskowe, przejawiała absolutną nieudolność i celowo uchylała się od pełnienia swych obowiązków. Rosjanie dotrzymali słowa. Niespełna rok od wydania rozkazu numer O 168 enklawa policka przestała istnieć. Jej fragmenty przekazywano Polsce etapami już zresztą wcześniej, na przykład 8 lipca 1946 roku Polacy objęli we władanie Skolwin – północną dzielnicę Szczecina, a dwa miesiące później rozpoczęło się przekazywanie Polic, zrazu miasta, a potem terenów byłych zakładów Hydrierwerke P6litz AG. W końcu września 1946 roku ten mało znany epizod z dziejów Pomorza Zachodniego został zakończony.

Treść artykułu: (Leszek Adamczewski, „Odkrywca”, nr 25, styczeń 2001)

DOJAZD : SZCZECIN – POLICE (autobusy linia 102, 103, 107)

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s