Bonum Cursum

Savickis life journey

  • To był niezwykle ciepły weekend. Uporem żony stanąłem na starcie biegu dziesięciokilometrowego, a dokładnie właśnie jej uporem – zapisałem się na bieg. Brak miejsc startowych kilka dni przed startem, ale od czego jest internet. Kto pyta nie błądzi.

    Spore, pozytywne zamieszanie na kilka godzin przed startem. Grillowanie i koncerty. Do tego Mezo, znany mi z Drużyny Szpiku. Całość zwieńczyło zamknięcie części ulicy Szczecińskiej (zwanej dalej dojazdowa do centrum czy defiladową) oraz biadolenie kierowców, że raz w roku trzeba jechać dookoła tj. trzysta metrów więcej. A co ja mam powiedzieć? Ja musiałem biec dziesięć. 🙂

    Gdzieś na drugiej pętli

    Ciężkim krokiem, mimo że start odbywał się blisko o dwudziestej, wbiegliśmy na potrójną pętle. Dopiero na trzeciej złapałem wiatr w żagle i zorientowałem się, że to już koniec.

    W Stargardzie nigdy nie chodzi o kasę. Pakiet startowy zawsze bogaty a do tego super atmosfera. Niewiele takich biegów pozostało jeszcze. Mam wrażenie, iż biegowe boom przechodzi kryzys a to po woli zaczyna normować sytuację na rynku biegowym imprez lokalnych. Coś wraca do normy. 🙂

  • Czy biegi dnia Niepodległości w Polsce maja się dobrze? Nie sądzę. Zauważam spadek zainteresowania ale i mniejsza ilość biegów. Na starcie w pobliskim Gryfinie było sporo biegaczy ale co z tego skoro nieopodal biegów jest znacznie mniej niż kilka lat temu. Czyżby ludzie wyjechali na długi weekend albo zapomnieli, że to nie tylko dzień grilla? Alternatyw brak, nie to żebym wybrzydzał, ale jednak. Przyzwyczaić do dobrego łatwo.

    W grodzie gryfa jak zwykle fajna atmosfera i ciekawa, raczej niezmiennie, trasa. Biegniemy mostem do Niemiec, robimy pętle nad jeziorem a następnie zawracamy do domu. Nic nadzwyczajnie trudnego gdyby znowu nie ten skwar…

    Na okrasę posiłek vege lub mięso. Takie dania po biegach to chyba już też archetyp. Odchodzi się od żywienia po imprezach sportowych, chyba wola cos bardziej bezpiecznego (dezyderatywny) 🙂

    Chwile przed finiszem
  • Dobrze zacząć rok. To jest to. Zimno, jak to w zimę, a do tego asfalt skuty lodem. W tym czasie, od niedawna, mieszkamy już za miastem a więc trochę trzeba było jechać. Podoba mi się ze w Polsce zima to zima a lato jest lato. Warunki odpowiednie do aury.

    Las natomiast to taka dziwna komórka, która działa sama i jak chce. Taka jego natura. Pamiętam jak latam jeździłem do puszczy Wkrzańskiej na treningi. Pięć stopni mniej w porównaniu z miastem. Zimą natomiast wszystko w normie czyli chłodno i nieprzewidywalnie.

    Spotkaliśmy się na odludziu Szczecina, nieopodal lasu Arkońskiego aby uczcić ową niedziele. Był to kolejny Bieg Maratończyka. Nawierzchnia skuta lodem. Byli nieliczni narzekający (na teren? serio?)😂 ale większość bawiła się świetnie, mimo czasów znacznie odbiegających od normy.

    Przydaliśmy się. Ja i żona. Ja biegałem, ona w ramach pomocy organizatorskiej. Gdy patrzę na te zdjęcia widzę zadowolenie wielu ludzi ale i zmęczenie. Mam nadzieje, ze ten bieg jak i klub przetrwa bo mam wrażenie ze najgorsze czasy organizacyjne już za nami.

    Bieg Maratończyka 2022, Klub Maratończyk Szczecin oraz goście
  • Jak można nie biegać u siebie? Tego nigdy nie rozumiałem, chociaż na daleki wyjazd zawsze cieszę się jakoś bardziej. Starty za miedzą, a właściwie tuż za oknem, nie należą u mnie do częstych. Sprawdziłem w notatniku (notuje ręcznie od 2007 roku). Czy to znaczy, że u nas nie ma dobrych imprez? Bzdura, ale kilka z nich została już owiana złą sławą, nie bez kozery zresztą. Nie zabieraj się za imprezę jak nie umiesz. Taki cytat wprost z po biegowej sytuacji, pod UM w Szczecinie.

    Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało O.K. gdyby nie fakt, że nikt nie potrafił udzielić rzetelnej informacji o godzinie startu poszczególnych grup (jak się okazało później wszyscy startowali razem, chyba?). Bieg nocny w newralgicznych miejscach potrzebował doświetlenia drogi, których nie było, ale to jeszcze przejdzie kiedy miałeś swoje oświetlenie.

    Ściaśniamy na starcie

    Chciałbym podzielić się osobistą obserwacją na temat tak zwanej empatii, a właściwie jej braku. Biegnąć na 9 kilometrze biegu zostałem powalony przez taranująco – wyprzedzającego faceta, który następnie po mnie przebiegł. Kolejny musiał być jego znajomym albo sąsiadem ponieważ też nie zauważył, że leżę i spróbował przebiec po mnie niezauważony. Na spokojnie dobiegłem do mety bez większych usterek.

    Rywalizacja to czasami wręcz obowiązek, ale czy na szczeblu amatorskim jest aż tak potrzebna? Ludzie chyba przestali się lubić, ale nie ja. Dalej na startach przewijają się te dawne twarze. Jest ich niewielu, ale jednak. Bądźmy tacy jak kiedyś.

    Słów kilka o samym biegu. Bieg jako pomysł jest świetny. Termin i czas startu super z małymi niedociągnięciami. Nie rezygnujcie bo ludzie tak mówią. Nocny bieg Szczeciński jest potrzebny!

  • W tym roku, jak i poprzednich kilku, w Policach był skwar. Jako nieodżałowany fan skwaru, jakiś dzień przed startem, postanowiłem wystartować, żeby nie zniweczyć wieloletniej tradycji biegu w Policach, za małą namową żony.

    Na zegarze była 8 rano a już mocno grzało. Jeszcze chwila pozostała do startu a temperatura dopiero rosła. Pamiętam jak w zeszłym roku, dwieście metrów od mety holowałem półżywego faceta do mety. Dobrze mieć takiego mnie, pod warunkiem że sam nie potrzebuje holu.

    Tym razem się udało ale na krótszym dystansie utknąłem. Kurtyny wodne, doping i bliscy na mecie pomagają ale kiedy biorą górę warunki atmosferyczne nie ma co narzekać. Zawsze miło mi tutaj wracać ze względu na rodzinną atmosferę biegu i niech tak na zawsze pozostanie.

    W oczekiwaniu na start