Rok 2025 dobiega końca, więc czas na szybkie podsumowanie. Biegałem, jeździłem na rowerze i ćwiczyłem na siłowni, sumując wszystko zrobiłem sporo kilometrów. Startowałem 16 razy, głównie w zawodach na średnim dystansie, w tym w dwóch zagranicznych.
Rok był pełen ruchu, kilometrów i nowych doświadczeń. Teraz czas spojrzeć w przód i zobaczyć, co przyniesie 2026.
Koniec roku zbliża się cicho, ale wyraźnie. Zauważam go w drobnych momentach, w zwalniającym rytmie dni, w myślach, które coraz częściej wracają do podsumowań. Biegam dalej, bez presji. Powoli zaczynam liczyć kilometry z całego roku, te biegowe, rowerowe, siłowe. Wszystko, co było ruchem. Wynik? W tym roku będzie w miarę. Może średnio. I to jest w porządku. To był ruch wystarczający, żeby być w drodze.
Równolegle domykam projekty, jeden po drugim. Z poczuciem, że każdy z nich zabrał ze sobą kawałek mojej uwagi, energii i obecności. Teraz ta odpowiedzialność stopniowo się rozluźnia, a ja czuję przestrzeń na coś nowego. Nowe rzeczy już się pojawiają, jeszcze nienazwane, ale wyczuwalne. Jest w tym ekscytacja. Spokojna, ale prawdziwa.
Ten rok był intensywny. Ciekawy. Momentami wymagający, momentami zaskakująco lekki. Dużo się działo, w działaniu i w środku. Dlatego na koniec chcę na chwilę się zatrzymać i podziękować. Sobie, za konsekwencję i uważność. Rodzinie, za obecność, wsparcie i przypominanie mi, co naprawdę ma znaczenie. Za ten rok, który mija, i za nowy, który nadchodzi.
Zamykam ten etap z poczuciem domknięcia, bez fajerwerków, z oddechem. Gotowy iść dalej w swoim tempie.
Bieg Maratończyka wraca do mnie co roku. Choć nie należę do tego klubu, biegam z nimi na tyle często, że czuję się częścią tej przestrzeni. To nie jest kwestia przynależności, ale obecności. Bycia razem w ruchu, w tym samym tempie, na tej samej trasie.
W tym roku zabrakło zimowej scenerii. Nie było śniegu ani surowego krajobrazu, ale temperatura była dokładnie taka, jak trzeba. Sprzyjała uważnemu bieganiu. Bez walki, bez napięcia. Po prostu krok za krokiem.
Najbardziej zostają jednak ludzie. Znajome twarze, spotykane na trasach przez lata. Krótkie rozmowy, uśmiechy, wspólne kilometry. Byli też ci, którzy wygrywali ten bieg na początku lat 2000. Spotkanie z nimi było jak dotknięcie historii — ciche przypomnienie, że czas płynie, a pasja zostaje.
Ten bieg nie jest dla mnie o wyniku. Jest o powrocie. O byciu tu i teraz, w ruchu, wśród ludzi, z którymi dobrze dzieli się przestrzeń. Pobiegłem, spotkałem się, pobyłem. I to w zupełności wystarczy.
Ostatni tydzień minął bardzo szybko. Wszystko działo się jakby automatycznie, a ja byłem całkowicie pochłonięty projektem, który powoli dobiega końca. Czułem, jak odpowiedzialność powoli odchodzi, a przy tym świadomość własnej obecności staje się wyraźniejsza.
Bycie z rodziną w domu po intensywnym okresie pracy dało mi coś więcej niż spokój. Dało poczucie równowagi. Przypomniało, że praca sama w sobie nie jest celem, a życie to coś więcej niż kolejne zadania i terminy. Jestem tu, teraz, i mogę to zauważyć.
Kończę projekt, w którym byłem w pełni obecny. Jestem z niego zadowolony, ale satysfakcja nie pochodzi tylko z efektu. Pochodzi z procesu, z energii, którą w niego włożyłem, z chwil, w których mogłem być naprawdę zaangażowany.
Teraz pozwalam sobie na oddech. Na chwilę zatrzymania się i poczucia, że mogę iść dalej w swoim tempie. W poszukiwaniu nowych projektów, nowych doświadczeń, lecę dalej z życiem, świadomy tego, co jest dla mnie ważne. Piszę, działam, żyję – i w tym jest cała wartość.
Jesteśmy dosłownie o krok od Świąt. W domu robi się coraz gęściej od emocji, a czas – zamiast zwalniać – jak zwykle przyspiesza. Czy zdążymy zrobić makowce? Czy kupimy ostatnie prezenty? Czy o niczym nie zapomnimy? 🙂 Na szczęście w tym roku część przedświątecznego zamieszania omijamy, bo Święta spędzamy na wyjeździe. Wiem, że to “tylko dzień”, ale jednak ma w sobie coś, co porządkuje myśli i przypomina o tym, co naprawdę ważne.
Choinka natomiast już stoi. W tym roku wyjątkowo wcześnie – ubrana jeszcze w drugim tygodniu grudnia. Kolorowa, stylowa, dopieszczona w każdym detalu przez moją córkę i żonę. Ja, zgodnie z tradycją, od czasów dzieciństwa choinki nie ubieram. Zostały mi jakieś takie stare wspomnienia, które bardziej skłaniają do obserwowania niż do działania.
Przed domem też zrobiło się świątecznie – lampki, stroiki, renifery, cała ta zimowa scenografia. A ja przyjąłem rolę tragarza: wnoszę, wynoszę, znoszę ze strychu, podaję, parkuję wózek z choinką na podjeździe i staram się nie przeszkadzać w twórczym procesie dekorowania. Myślę, że to całkiem fair układ – ale jak trzeba, oczywiście pomogę.
W ogrodzie praca na chwilę ucichła. Zostało tylko pozbierać resztki liści, gałązek, odłożyć narzędzia. Reszta może poczekać do wiosny. Teraz można wreszcie odetchnąć, skupić się na życiu, wyciągnąć z półek dawno niezaglądane książki, odkurzyć historię zapisaną w rodzinnej bibliotece.
Czasem takie drobiazgi – zapach igliwia, ciepłe światło lampek, wolna chwila z herbatą – bardziej tworzą magię Świąt niż cała oprawa.