Bonum Cursum

Savickis life journey

  • W tym roku (2016) Mistrzostwa Polski w Biegu 24 – ro godzinnym powróciły do kolebki biegów długich. Biegacze ponownie stawili się w Krakowie aby zaprezentować się na tym niewyobrażalnym dla wielu (biegaczy, kibiców) dystansie. Na starcie w większości te same znajome twarze, skądinąd to już nie zabawa, chociaż sugerując się frywolnymi ruchami startujących… 🙂

    Dla siebie tym razem zaplanowałem 6h Ultra Patrol. Nazwa trafna. Szybka inspekcja trasy oraz motywacja tych co już myślą, że nie mogą i jeszcze raz doping…

    14305264_1739770386289894_8895912822273606663_o

    Źródło: https://www.facebook.com/galabiegowultra

    PS: Za rok planuje powrót do Środy Śląskiej. (postanowienie!)

    Fascynująca walka 24 – ro godzinowców , wygrana kobiety w kategorii Open pokazuje, że to długa i nierówna* walka.

    To jest ciekawy, dobry sezon ultra…

    *mimo równych czasów okrążeń zwyciężczyni. 🙂

     

     

  • Lepiej tego nie mogłem ująć, obszerny opis, to był  mój mały jubileusz:). Enjoy!

    „W piątek do Szklar Górnych dowieźliśmy zatem 9 uczestników. Start ostry na Alei Kasztanowej nastąpił o godz. 19:15 i od razu Krzysztof Sawicki ze Szczecina rozpoczął bieg. Tuż za Szklarami gubi drogę i po raz pierwszy nie ostatni, wyprzedza pozostałych kompanów, którzy spokojnie maszerują wzdłuż „czerwonej” alei. W Karczowiskach na punkcie lotnym Andrzej Reczuch z Wrocławia pojawia się pierwszy. Podobnie w Raszówce, ale ma problemy z nawigacją. Noc pomimo tego, że wyjątkowo od blisko 50 lat błyszczy blaskiem ławic gwiezdnych oraz planet, w lasach Borów Dolnośląskich jest jednak ciemno. Za nim o godz. 23:10 pojawia się czwórka uczestników: Tomek Kwaśnicki, Dawid Klepaczek, Paweł Sikora i nasz Rysiu Szymański, który mądrze chwycił się „starych wyjadaczy”. Po 15 minutach do Punktu Żywnościowego dociera samotnie Grzegorz Romanik z Legnicy. Po 5 min. Pojawiają się w poświacie dwa światełka, to Krzysztof Klimaszewski i Piotr Sierocki z Goleniowa. Ale co się stało z prowadzącym Krzysztofem Sawickim? Nikt go dawno nie widział, spekulujemy że pewnie jest daleko z przodu. Na 35 km w Gogołowicach zjawia się pierwsza piątka rześkich ludzi. Dawid po samotnym szukaniu dróg, zdecydował się na dołączenie do wspomnianej czwórki. Ale gdzie jest nasz biegacz? Na odpowiedź musimy jeszcze trochę poczekać. Jest godz. 1:33 gdy zjawia się Grzegorz, komplementujący trasę i obsługę. Może kawka? Ciasteczko, banan, winogron, woda – pytam. O godz. 1:47 przychodzi ostatnia dwójka. Biegacza nie ma i nie odpowiada na telefon.
    O godz. 4:15 dostaję SMS o treści: „Po 3 PK na Piotrusiu zbiegłem gdzieś na S3 niedaleko Legnicy i już jestem w Lubinie 😉 na dzisiaj rezygnuję…” Czekamy na Ciebie w przyszłym roku. Rewanż musi być.
    Od godz. 6:00 rozpoczęli swoje wojaże rowerzyści. Na początek szesnastu którzy jadą na pełny dystans 110 km. Krótka odprawa, dwa nowe PK na Górze Sosnowej i przy kapliczce MB Jazłowieckiej w Oborze. Można przy niej podziękować Maryi za opiekę na trasie i za bezpieczny przejazd. Droga S-3 jest w budowie. Szczególnie niebezpieczny jest odcinek w Lubkowie oraz w Karczowiskach.
    O godz. 7:11 z parkingu Dąbrowa wyruszyło dwudziestu uczestników na dystans 50 km. Z nr 501 Kasia Dubicka, jedna z dwóch kobiet które w przeszłości przeszły pełny dystans 100 km dookoła Lubina (2013 r.). Od grupy szybko odbiegają twardziele: Marek Sobiło i Marcin Markulak. Obaj trzykrotnie, z dobrymi czasami, przeszli 100 km w latach 2013-15. Dołączył do nich Marek Krzemiński. Cała trójka po 6 godz. zameldowała się na mecie. Na uwagę zasługują członkowie drużyny Aktywna Złotoryja którzy bawią się na trasie sympatycznie i głośno. Sołtys Lubkowa zanotował później w kronice, przemarsz głośno bawiącej się grupy nieznanych mu osób.
    Do godz. 10:00, co pół godziny, wyruszyło na różne dystanse 50, 75 lub 110 km 145 rowerzystów. Cieszy duża liczba rodzin biorących udział po raz kolejny w Maratonie. Jest to już taka rodzinna tradycja, że na zakończenie wakacji, objeżdżają Lubin dookoła. Wśród nich jest najmłodszy uczestnik Wiktor Adamczyk mający w dniu startu 7 lat, 5 miesięcy i 14 dni.
    Tymczasem o godz. 8:17 w Janówce na 70 km melduje się pierwszy setkowiec, Andrzej Reczuch. Ostatnia dwójka jest o godz. 12:01.
    O godz. 11:25 z Janówki wyruszyła w upale ponad 30*C, największa grupa z dystansu 25 km. Wśród 27 wspaniałych są Michał i Tadeusz Oskroba, mający już dwukrotne przejście 100 km. W tym roku przeszli jeszcze indywidualny Marsz z Lubina na Śnieżkę. W przyszłym roku chcą jednak wrócić na pełny dystans. Janek Lech któremu towarzyszyła na szlaku małżonka Teresa, setek ma już trzy. Krzysztof Żak ma cztery a Zbyszek Kościelny pięć pełnych dystansów. Najszybciej w czasie 2 godz. 32 min. dystans 25 km przebiegł Zbyszek Harendarz. Tutaj na dystansie również rodzinnie i wesoło. Czteroosobowa rodzina Oskrobów z 13 –letnim Maćkiem oraz pięcioosobowa Aktywna Złotoryja B. Warto wspomnieć o małżeństwie Babiczów, Moćków, Lechów orazBryniarskich, których w komplecie powitaliśmy na mecie.
    W międzyczasie rowerzyści indywidualnie bądź w grupach meldowali się na mecie. Wszyscy mają komplet pieczątek na kartach rajdowych, stosownie do dystansu. Nie było więc podstaw aby nie wręczyć komuś pięknie wykonanego, specjalnie na lubiński maraton, medalu. Nawet uczestnicy którzy w ostatniej chwili się dopisali, po dekoracji otrzymali swoje zasłużone medale.
    O godz. 13:13 linię mety na dystansie 100 km, przecina jako pierwszy Andrzej Reczuch z Wrocławia. Jego czas 17 godz. i 58 min.nie jest najgorszy w historii. Ale to nabyte doświadczenie, pewnie zaprocentuje później. Zeszłoroczny zwycięzca i rekordzista trasyKonrad Dupla z Siedlec nie startował. Jego czas 10 godz. i 36 min. Wydaje się dla innych nieosiągalny. Dwie minuty przed godz. 15 witani są owacyjnie mieszkańcy Lubina. Dawid, Paweł, Tomek i Ryszard. Od początku do końca razem i dobry czas 19 godz. 43 min. Nawet nie widać po nich zbytniego zmęczenia. Przyjdzie pewnie później. Jest natomiast szczęście i radość, również ich rodzin. O godz. 17:34 witamy Grzegorza Romanika z Legnicy, najmłodszego w stawce który ukończył dzisiejszy marsz. Po 15 min. dochodzi do mety ostatnia dwójka Krzysztof Klimaszewski i Piotr Sierocki z dobrym czasem 22 godz. 34 min. Gratulujemy wszystkim 56 uczestnikom dystansów pieszych.
    Po zjedzeniu wszystkich pierogów oraz żuru z kiełbasą i jajkiem przyszedł czas na dekorację i podsumowania. Wystartowało w sumie201 uczestników. Tylko jedna osoba nie doszła do mety, cztery nie dojechały do mety. Puchary i nagrody w klasyfikacji Drużynzdobyła ekipa pn. „Ja się nie ścigam!” zdobywając 48 pkt. Niespodzianki nie było, aż czterech jej uczestników ukończyło koronny dystans. Drugie miejsce dla drużyny ZG Polkowice – Sieroszowice którzy wyższą średnią wieku pokonali Kyokushin Lubin. Na czwartym i piątym miejscu Team Józek i Cummins którzy również przegrali z chłopakami ZG Polkowice – Sieroszowice mniejszą średnią wieku. W klasyfikacji Rodzin podium dla Misiaczków (30 pkt), Magdaleny i Andrzeja Zasadów (16 pkt) i trzy osobowejrodziny Gancarzów (15 pkt). Tuż za podium sympatyczna rodzina Niewieściuków z 12- letnim Michałem i 10 –letnim Jankiem. Piąte miejsce dla Małgorzaty i Bartka Dąbrowskich. Luzaki, wielokrotni uczestnicy maratonów, na dobrym szóstym miejscu. Puchary wręczał wiceprzewodniczący Rady Miejskiej Dariusz Jankowski. Po dekoracji odbyło się losowanie nagród, osobno dla pieszych i rowerzystów.
    Dziękuję również wolontariuszom którzy swoim wysiłkiem spowodowali sukces tej imprezy turystyczno – sportowej w Lubinie.
    Dziękuję również za zdjęcia Teresie Demkowskiej oraz za te opisane Jankowi Dolezińskiemu.

    Źródło: http://wedrowieclubin.pl/vii-maraton-dookola-lubina-20160.html

    lubinska-100tka-2016

  • Zawsze irytował mnie czas oczekiwania. Cokolwiek przez to rozumieć, nigdy nie potrafiłem siedzieć bezczynnie. Tym razem lądując w Stavanger miałem jasny cel – zobaczyć coś nowego. Nigdy nie byłem fanem tzw. hiking-u więc i tym razem postanowiłem marszo – biegać, lecz zanim o tym…

    Start Stavanger Centrum, dojazd do centrum FlyBus SAS (z lotniska i innych strategicznych miejsc miasta tj. hotele etc.) koszt 100 NOK, przeprawa promowa w obie strony plus transport autobusowy (około 25 km) to koszt 350 NOK/os. Czas podróży około dwóch godzin w jedna stronę. Wejście – 2 godz., zejście 1:15 godz (szybki marsz).

    fly.jpg

    Źródło.: nrk.no

    Ciężko się zgubić w samym centrum, większość przepraw promowych ma swój start w tym samym miejscu. Odprawa jest bardzo sprawnie poprowadzona, zarówno dla pieszych jak i zmechanizowanych.

    aac.jpg

    Źródło.: fjordline.no

    Kierowca autobusu zawozi turystów na parking nieopodal którego znajduje się start szlaku pieszego na Preikestolen. Mapa szlaku nie będzie raczej potrzebna, tylko pierwszy odcinek trasy może być kłopotliwy. Mimo to szyld z mapa trasy znajduję się na jego początku.

    IMG_2007.JPG
    Parking przy szlaku

    Po pokonaniu szlaku ograniczeniem staje się tylko wyobraźnia :).

     

     

  • Dzień 7 Dzień muzealny
    Kontynuując poprzedni dzień korzystaliśmy z karty Chicago Citypass. Do wyboru jest pięć  z siedmiu głównych atrakcji „wietrznego miasta”. Brnąc dalej:
    1 Shedd Aquarium – VIP ENTRY,

    shed aq (2).JPG2 Skydeck Chicago – FAST PASS(zilustrowany wcześniej),
    3 The Field Museum – VIP ENTRY,    adlerobs (2).JPG Nie zabrakło Polskich akcentów.

    4 Museum of Science and Industry – VIP ENTRY (OR 360 CHICAGO – EXPRESS ENTRY),

    m of science.JPG

    5 Adler Observatory – VIP ENTRY (OR Art Institute of Chicago – FAST PASS).*

    adlerobs (1).JPG

    * Źródło: http://www.citypass.com/Chicago
    Nie rozpisując się bardziej, największe wrażenie zrobiło na nas Field Museum, miejsce no.1 według światowych statystyk biorąc pod uwagę  ilości odwiedzających, mówiąc oczywiście o tego typu miejscach. Niezmiernie miło było zobaczyć tak wiele polskich akcentów, mogąc oddać się zadumie nieopodal Adler Planetarium, nad samym brzegiem Michigan. Dla ciekawskich technicznych nowinek jak i „pamiątek” II Wojny Światowej miejscem idealnym będzie Museum of Science and Industry, miejsce przeogromne, zdecydowanie na cały dzień zabawy, przede wszystkim dla tych najmłodszych.

    Wniosek: Oszczędź nawet 100$ kupując karnet, zdobądź cenny czas na tzw. „vip entry”, omiń kolejki.

    Dzień 8: Ahoj przygodo!
    Start niekoniecznie wcześnie rano. W końcu udało się pospać, wszakże to urlop! 🙂

    Ruszamy ospale obwodnica miasta na Chicago Grand Ave gdzie mieści się Navy Pier, 1000m (słownie: tysiąc metrowe) nabrzeże. Dookoła rozpościera się Michigan, to nas właśnie tutaj sprowadza :).

    navy pier (1)
    Co prawda wybór rejsów po jeziorze nie jest zbyt duży (może i lepiej?) ale satysfakcjonuje nas krótka odprawa, adekwatna cena. Podróż tam i z powrotem trwa jedyne dwie godziny, warto było…
    Największe jezioro USA robi wrażenie, również z lotu ptaka, o czym prawdopodobnie każdy podróżny będzie miał okazje się przekonać, lecz dopiero będąc na otwartych wodach tego ogromnego akwenu czuje się wolnym…

    Wniosek: Woda „wyciąga” 🙂 uzupełniaj płyny.
    Pozostając przy tematyce marinistycznej (człowiek nie dość że hobbystycznie to jeszcze zawodowo :)) udajemy się do centrum na Chicago Architectional Cruise. Rejs łączący trasę najwyższych, najważniejszych i w ogóle naj (jak to tam bywa) miejsc architektury miasta. Cena 35$ pokrywa całkowite koszty rejsu, poczęstunek ect. Jednak odniosłem wrażenie, że newralgicznym elementem przyciągającym turystów nie były: Willis Tower, Trump czy budynek Opery widziany z całkowicie innej perspektywy, lecz atmosfera tam panująca, napędzana przez niebłahego przewodnika miejskiego:). To ludzie tworzą klimat, nie klimat tworzy ludzi, warto odnotować.

    Powrót do domu, jutro ważny dzień, Expo a później tylko odpoczynek, bez treningu za to pełny ekscytacji dzień…

    Dzień 9 : Abbot Expo,Chicago Marathon.

    „Nadejszła wiekopomna chwila…” a mianowicie ekspozycja sportowa poprzedzająca jeden z największych startów maratońskich na świecie tj. Abbot Expo. Tak dużej ekspozycji szeroko rozumianego sprzętu sportowego jeszcze nie widziałem. Zdecydowanie przebija to event przed maratoński w Berlinie czy Warszawie,kiedy to miało miejsce na stadionie Narodowym. Do wyboru do koloru, czego dusza zapragnie, ale nie ma się co „podpalać” w końcu przyjechaliśmy tutaj po numer startowy :).

    Kilka rundek dookoła stoiska z obuwiem, szybki wpis na tablice upamiętniająca nasza obecność…

    IMG_1513
    W ten oto sposób na hali spędziliśmy około 6 godzin :). Pora wracać do domu na popołudniowy odpoczynek. Kilka godzin dzieli wielotysięczny, podekscytowany tłum od wystrzału startera. Po raz kolejny ciężko jest zasnąć, mam wrażenie jednak, że tym razem jakis nieobecny. To chyba mała trema…

     

    Wniosek: Expo na tak dużych imprezach zazwyczaj trwa kilka dni, przyjedź wcześniej aby odebrać pakiet startowy, to pozwoli uniknąć Ci kolejek, również innym. Zaplanuj tylko ta aktywność na cały dzień, to na prawdę duże przedsięwzięcie.

    Dzień 10,11 Chicago Marathon, powrót do domu…

    Wyruszamy o brzasku. Godzina 6:30 opuszczamy auto na jednym z miejskich parkingów. Dzięki wcześniejszemu wyjazdowi nie musimy nadrabiać obwodnica miasta, kierujemy się zjazdem do centrum. Na podziemnym parkingu zajmujemy jedno z ostatnich miejsc…
    Nie minęła kolejna godzina a w centrum zaczyna robić się tłoczno. Jak się później okazało w puncie kulminacyjnym imprezy (ok. godziny 12) liczba dopingujących przekroczył 500.000 (słownie: pół miliona!). Przy takiej asyście aż chce się biegać. Ja natomiast miałem swoich prywatnych :).
    Wystrzał startera miał miejsce o godzinie 9:00. Ustawiłem się, aż na zbyt moim zdaniem, daleko od pierwszej fali, ale zasady to zasady. Zanim pokonałem linię startu minęło niespełna dwadzieścia minut. Tak dobrze widzisz- niespełna, bo liczba startujących w tym roku przekroczyła czterdzieści tysięcy. Kolosalna suma nawet jak na USA, w Polsce póki co start takiej liczby uczestników niemożliwy z wielu względów.

    IMG_1595
    Przez pierwsze kilometry powolnie człapie za grupą ludzi, obiegam znajomą twarz ze Szczecina, pozdrawiam machnięciem ręki. Na piątym kilometrze robi się w miarę luźno. Swobodnie pokonuje kolejne metry, wiedząc że początku wyścigu już nie ma co nadrabiać, relaksuje się. Gdzieś na trzydziestym kilometrze mam wrażenie że wszyscy zwalniają, mnie ta słynna ściana nie dopada, wiem jak nie forsować się, wiele scenariuszy maratońskich przerabiałem. Biegniemy prze China Town, później dzielnice latynoską, aż w końcu w dali ponownie pojawiają się drapacze chmur. To znak, iż meta jest coraz bliżej. Na ostatnich dziesięciu kilometrach zawiązuje znajomość z tutejszym jegomościem, wspólne się wspieramy. Finalizacja dystansu to Grant Park. Znam to miejsce z wielogodzinnych spacerów, jednak tym razem nie poznaje go. Tysiące wiwatujących ludzi, euforia na twarzach kończących bieg. Właśnie tak wyobrażałem sobie epilog tej wyprawy. Historia z tzw. happy endem.

    PS: Miałem wrażenie, że ten wyjazd wiele mnie nauczył. Łapania chwil, samorealizacji, również empatii. Wracam do domu niezwykle zmęczony ale szczęśliwy. W planach wyjazd na listopad 2016 :).

  • Dzień III: Lincoln Park i pobliskie atrakcje.
    Lincoln Park położony nieopodal centrum miasta przypomina o tym, że w wielkim mieście, obok drapaczy chmur, jest jeszcze miejsce na kawałek zieleni. Nie bez kozery kawałek został zmieniony na kawałek. Ciężko jest obejść całość a już na pewno nie zwiedzić wszystkie alejki tego parku.

    IMG_1404
    Co rzuca się w oczy to przede wszystkim czystość. Na próżno szukać odpadków, prędzej natrafisz na ekipę sprzątającą. Spacerujących, jogg-ujących czy po prostu pracujących ludzi tutaj co nie miara, mimo to można się tu poczuć bezpiecznie, ochłonąć. Nie dziwi fakt, że jest to jedno z częściej odwiedzanych miejsc przez mieszkańców.

    IMG_1411
    W bliskim sąsiedztwie znajduje się drugi cel podróży a mianowicie Lincolns Zoo. Śmiało można się przespacerować, dodatkowy transport określam jako zbędny. To co zobaczysz na miejscu to gro egzotycznych gatunków zwierząt, pokazowe karmienie, dzika roślinność, Lincoln Observatory i wiele innych. Niesprawiedliwym byłoby się szerzej rozpisywać na ten temat, spamować.

    IMG_1440

    Wedle myśli najedzony człowiek – szczęśliwy człowiek. Warto spróbować posilić się w miejscowej jadłodajni na klimacie (raczej nic lokalnego ale zawsze warto :)).
    Dzień IV Grand Park i okolice.
    Udając się w stronę centrum krążyła po mojej głowie jedna myśl – śniadanie na gazecie. Szybki parking gdzieś w okolicy Grand Park i jeszcze szybszy mandat za parkowanie (można opłacić tylko w centrali, dla ciekawskich to koszt 65$) i przed naszymi oczami ukazał się okolica startu późniejszego biegu…oraz kawiarnia :).

    IMG_1561
    Śniadanie rzecz święta.
    W odległości kilkudziesięciu metrów od czoła parku znajduję się amfiteatr, zaplecze techniczne robi wrażenie.

    IMG_1538 Element charakterystyczny, Chicagowska nerka, zdjęcia na tle/w odbiciu takowej – obowiązkowe.


    Gratka dla koneserów. Sklep kolekcjonerski (nie tylko) z płytami cd i w ten sposób 25 szt(słownie: dwadzieścia pięć sztuk) ląduje w moich rekach (opłaconych oczywiście :)).

    IMG_1447
    Co pozostało? Kolejny trening na obczyźnie czas start. Odliczanie do startu zaczęło się. Próbuje sobie tłumaczyć, że nie warto się forsować przed długim biegiem, ale zdarzały mi się dwumaratony więc dlaczego by nie skorzystać z okazji. Drepcze nieśmiało kolejną dyszkę po północnych przedmieściach, za każdym razem w inna stronę, a nóż widelec zobaczę coś nowego. Człowiek to niezwykła istota, nigdy nie ma dość :).
    Wnioski: Łącz przyjemne z pożytecznym. Przespaceruj się i zwiedzaj. Niekiedy dojazd oznacza potrzeba wjazdu na obwodnice miasta, a cel może znajdować się tuz za rogiem. Upewnij się gdzie stawiasz auto. Obowiązują strefy parkowania, często ograniczone czasem postoju.
    PS: Umknęło mi jedno bardzo ważne wydarzenie tego dnia(nocy). Późnym wieczorem udaliśmy się ponownie w stronę centrum. Dla tych co w temacie 🙂 Chicago Bulls – New Orlean Pelicans (preseason).

    IMG_1694
    Wniosek PS: Zawsze, ale to zawsze, pamiętaj na którym parkingu stoi Twoje auto. Powrót – godzina 2:00, upss…
    Dzień V Drapacze chmur, spacer (bez pospiechu), obalamy mity…
    Godzina 6:00, nie warto marnować czasu, to w końcu urlop :). Mam wrażanie, że nie tylko my gdzieś się wybieramy, tysiące samochodów na obwodnicy miasta, to znak, że zbliża się weekend. Ponownie, tym samym zjazdem, udajemy się do centrum, ponownie chcemy poczuć wielkomiejski klimat („ja człowiek ze wsi co lęka się miasta”). Wszyscy gdzieś biegną… Mam wrażenie, że przeszkadzamy :), zwalniamy jeszcze bardziej i usuwamy się na bok. Czuć unoszące się spaliny – to urok miasta. Mimo to wykorzystujemy ten czas na wyluzowanie.

    IMG_1449
    Co uważam za swoje zainteresowania? Sport, muzyka… Wszystko amatorka, ale bezpieczna. Nie możemy przepuścić okazji aby udać się do tutejszego Hardrocka. Frytki na szybko, klasyczny burger. Warto było zajrzeć trochę głębiej. Deski tego klubu nosiły największych. Nawet Jimi zostawił coś po sobie. Jeszcze jedna ważna rzecz. Staram się nie zapominać o znajomych. Przy klubie znajduję niszowy sklep, i niech oni coś z tego wyjazdu mają :), na pewno i oni o mnie nie zapomną. Mam tez coś dla siebie, człowiekowi łatwo dogodzić…


    Chyba lubię sprawiać przyjemność. Po drodze wrzucam kilka kartek pocztowych do czerwonej skrzynki, niewielu już tak robi. Wiem, że rodzinę i znajomych cieszy taki widok.
    W drodze powrotnej (przedłużonej o czas blokady mostów zwodzonych, tak dobrze widzisz w centrum miasta!)

    IMG_1766

    mijamy wybrzeże Michigan, majestatyczny widok, mam wrażenie, że jeszcze tutaj wrócę:).

     

    PS: Quarter pounder wcale nie jest taki duży :).