Dwa lata minęły, odkąd byliśmy w Étretat. Niesamowite, jak szybko ucieka czas. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze, szczególnie dlatego, że pogoda zaczęła się zmieniać i powoli zaczynał padać deszcz. Właśnie wtedy ruszyliśmy na szlak wzdłuż wybrzeża, prowadzący między innymi w pobliżu pola golfowego. Oczywiście po drodze lekko zgubiliśmy właściwą trasę, bo najwyraźniej nawet z mapą człowiek czasem potrafi znaleźć własną drogę.

Mimo tego było naprawdę zacnie. Widoki były niesamowite, klify, morze, charakterystyczne skały Étretat i ta surowa normandzka przestrzeń, która robi ogromne wrażenie. Zwiedzaliśmy jednak trochę w pośpiechu, bo deszcz coraz bardziej dawał o sobie znać. Co chwilę człowiek chciał jeszcze zatrzymać się na chwilę, zrobić zdjęcie, popatrzeć na widok, ale z drugiej strony coraz bardziej oczywiste było, że trzeba będzie niedługo schować się przed deszczem.

Najbardziej podobało mi się chyba to, że byliśmy tam stosunkowo wcześnie. Na szlaku prawie nikogo nie było. Można było spokojnie iść, zatrzymywać się tam, gdzie mieliśmy ochotę, i przez chwilę mieć wrażenie, że całe to wybrzeże jest tylko dla nas. Później pewnie zrobiło się znacznie tłoczniej, ale my mieliśmy ten moment ciszy i pustej ścieżki, zanim Étretat na dobre się obudziło.

Dzisiaj, po dwóch latach, pamiętam właśnie takie szczegóły. Zaczynający padać deszcz, trochę zgubiony szlak, pole golfowe, puste ścieżki i te momenty, kiedy zatrzymywaliśmy się na chwilę, żeby popatrzeć na klify. Zwiedzaliśmy szybko, trochę uciekając przed pogodą, ale chyba właśnie przez to ten dzień miał swój własny klimat.

Normandia coraz częściej wraca do mnie we wspomnieniach. Mont Saint-Michel, Étretat, drogi, klify, morze, słońce, deszcz i te wszystkie małe sytuacje, których nie da się zaplanować. Dwa lata temu byliśmy tam pierwszy raz, a dzisiaj mam wrażenie, że spokojnie mógłbym tam wrócić i przejść te same ścieżki jeszcze raz.

Może tym razem udałoby się nie zgubić szlaku…

Posted in

Dodaj komentarz