• Ostatni tydzień minął bardzo szybko. Wszystko działo się jakby automatycznie, a ja byłem całkowicie pochłonięty projektem, który powoli dobiega końca. Czułem, jak odpowiedzialność powoli odchodzi, a przy tym świadomość własnej obecności staje się wyraźniejsza.

    Bycie z rodziną w domu po intensywnym okresie pracy dało mi coś więcej niż spokój. Dało poczucie równowagi. Przypomniało, że praca sama w sobie nie jest celem, a życie to coś więcej niż kolejne zadania i terminy. Jestem tu, teraz, i mogę to zauważyć.

    Kończę projekt, w którym byłem w pełni obecny. Jestem z niego zadowolony, ale satysfakcja nie pochodzi tylko z efektu. Pochodzi z procesu, z energii, którą w niego włożyłem, z chwil, w których mogłem być naprawdę zaangażowany.

    Teraz pozwalam sobie na oddech. Na chwilę zatrzymania się i poczucia, że mogę iść dalej w swoim tempie. W poszukiwaniu nowych projektów, nowych doświadczeń, lecę dalej z życiem, świadomy tego, co jest dla mnie ważne. Piszę, działam, żyję – i w tym jest cała wartość.

  • Jesteśmy dosłownie o krok od Świąt. W domu robi się coraz gęściej od emocji, a czas – zamiast zwalniać – jak zwykle przyspiesza. Czy zdążymy zrobić makowce? Czy kupimy ostatnie prezenty? Czy o niczym nie zapomnimy? 🙂
    Na szczęście w tym roku część przedświątecznego zamieszania omijamy, bo Święta spędzamy na wyjeździe. Wiem, że to “tylko dzień”, ale jednak ma w sobie coś, co porządkuje myśli i przypomina o tym, co naprawdę ważne.

    Choinka natomiast już stoi. W tym roku wyjątkowo wcześnie – ubrana jeszcze w drugim tygodniu grudnia. Kolorowa, stylowa, dopieszczona w każdym detalu przez moją córkę i żonę. Ja, zgodnie z tradycją, od czasów dzieciństwa choinki nie ubieram. Zostały mi jakieś takie stare wspomnienia, które bardziej skłaniają do obserwowania niż do działania.

    Przed domem też zrobiło się świątecznie – lampki, stroiki, renifery, cała ta zimowa scenografia. A ja przyjąłem rolę tragarza: wnoszę, wynoszę, znoszę ze strychu, podaję, parkuję wózek z choinką na podjeździe i staram się nie przeszkadzać w twórczym procesie dekorowania. Myślę, że to całkiem fair układ – ale jak trzeba, oczywiście pomogę.

    W ogrodzie praca na chwilę ucichła. Zostało tylko pozbierać resztki liści, gałązek, odłożyć narzędzia. Reszta może poczekać do wiosny. Teraz można wreszcie odetchnąć, skupić się na życiu, wyciągnąć z półek dawno niezaglądane książki, odkurzyć historię zapisaną w rodzinnej bibliotece.

    Czasem takie drobiazgi – zapach igliwia, ciepłe światło lampek, wolna chwila z herbatą – bardziej tworzą magię Świąt niż cała oprawa.

  • I am 36 now. It is that magical age when your body says take it easy and your soul insists it is still young. It is also the time when quiet days start to feel precious. Good food becomes a celebration. And having someone else who can tie your shoelaces suddenly sounds like an excellent life plan.

    I have a family and soon we will welcome a new member. I imagine they will be small, loud and unpredictable. In other words, perfectly in line with the rest of my life choices. I feel excitement, a little fear and something new to me. I think this is what adulthood feels like.

    Over the years I have gathered many memories. Some are beautiful, others silly, all of them mine. I remember running because it felt healthy and meaningful. It made me feel alive. Today when I run I look more like a person escaping from imaginary danger. I guess it still counts as exercise.

    There were days when after a run we would go to an old Chinese restaurant. The kind that never changes. The decor stayed the same for years. The waitress remembered every regular. The tea was always just a little too hot. We sat, we ate, we laughed and I thought those days would last forever.

    Now I see friends less often. Not because I stopped caring but because everyone is living their own life. I do not have many friends left and that is fine. The ones who remain are real. With them I can sit in silence and nobody asks if something is wrong. That kind of friendship is rare and comfortable.

    Being 36 is not about having everything. It is about seeing what is already here. I have love. I have memories that make me smile. I have a future that is quietly getting ready to arrive.

    Am I ready for it? I am not sure. But I have coffee, humor and a bit of experience. And I hope that will be enough.

  • Miałem wrażenie, że to była swojego rodzaju próba, test. Ostatnie miesiące pisałem po angielsku, nie dlatego, żeby zdobyć większy zasięg, ale po to, by sprawdzić, do czego prowadzi intuicja. Był to dla mnie jakby hamulec, ale w pewnym sensie też stoper. Skupiałem się na pisaniu jak automat, a myśli gdzieś się zagłuszały.

    Chciałem wprowadzić nową technikę pisania i liczyłem, że wywoła to jakieś reakcje. Co konkretnie chciałem osiągnąć? Trudno powiedzieć. Ważne, że dbałem o swój własny interes. Tak, dobrze widzisz, chodzi o egoizm. Ale nie każdy egoizm jest zły. W końcu, żeby dawać innym, trzeba najpierw zadbać o siebie.

    Moje środowisko zawodowe patrzy na to zupełnie inaczej. Ciągle te same pytania – kasa, awans, jak dalej, na co oszczędzać. Brakuje dziś chwil, by cieszyć się tym, co mamy teraz. Zastanawiam się, czy chciałbym, by moje dzieci żyły w takim samym świecie. Jeśli zastanawiasz się nad tym, czy ciągłe dążenie do więcej i wyżej nie jest obojętne, to jesteś na dobrej drodze do samo(nie)realizacji.

    Ucieczka od tego schematu jest kluczowa. Każdy ma w sobie coś, co może wykorzystać do rozwoju – to pasja. Kiedy zaczynałem pisać tego bloga w 2012 roku, wiedziałem, dlaczego to robię. Choć czasem się gubiłem, teraz wracam z tą iskrą, bo przypomniałem sobie, co mnie naprawdę motywowało. Pisanie, malowanie, sport – to wszystko może być egoistyczne, bo robimy to dla siebie, ale jednocześnie dzielimy się tym z innymi, dając im coś wartościowego w zamian.

    Siadam w ciszy i mam swój moment…

  • Przygotowania świąteczne 2025 idą pełną parą. Krzątając się, snuję od pomieszczenia do pomieszczenia, robiąc jeszcze większy bałagan niż był, a do tego zaczynam kolejną pracę, nie kończąc poprzedniej. Słabe planowanie czy freestyle? Ciężko wyczuć, ale kiedyś to zadziała.

    Ogród jest już pod szronem. Ostatnim rzutem na taśmę zabezpieczyliśmy rośliny, a właściwie zrobiła to moja żona. W tym roku miałem inne zajęcia. Ogród rozrasta się z każdym rokiem, a obowiązków przybywa. Jest stabilnie, ale szalenie.

    Jak co roku mamy sezonowość w domu. Zaczęliśmy od Nowego Roku, później była wystawa wiosenna, jesienna, następnie halloweenowy zawrót głowy i znowu jesteśmy w miejscu Świąt. Po drodze nasze urodziny i zamykamy cykl. W przedpokoju pojawiły się świecące ozdoby, kolorowe łańcuchy z bibuły zrobione przez moją córkę, a w kuchni pojawiły się już pierwsze pierniki. Tylko w głowie nadal te porządki w szafach.

    Zbliżam się do rzeczy z zawodów: stare koszulki, zakurzone medale i dyplomy. Wszystko niby w porządku, a jednak co roku trzeba je poukładać i poprzestawiać. Myślę, że lepiej dołożyć jeszcze kilka artefaktów w tym roku. W grudniu moje miasto nie śpi, może te ostatnie dwa tygodnie roku przyspieszają, ale tylko w naszych domach. Nie chcę wierzyć, że to koniec tego rozdziału. Zegar liczy sekundy, a serce liczy momenty.