Jesteśmy dosłownie o krok od Świąt. W domu robi się coraz gęściej od emocji, a czas – zamiast zwalniać – jak zwykle przyspiesza. Czy zdążymy zrobić makowce? Czy kupimy ostatnie prezenty? Czy o niczym nie zapomnimy? 🙂
Na szczęście w tym roku część przedświątecznego zamieszania omijamy, bo Święta spędzamy na wyjeździe. Wiem, że to “tylko dzień”, ale jednak ma w sobie coś, co porządkuje myśli i przypomina o tym, co naprawdę ważne.
Choinka natomiast już stoi. W tym roku wyjątkowo wcześnie – ubrana jeszcze w drugim tygodniu grudnia. Kolorowa, stylowa, dopieszczona w każdym detalu przez moją córkę i żonę. Ja, zgodnie z tradycją, od czasów dzieciństwa choinki nie ubieram. Zostały mi jakieś takie stare wspomnienia, które bardziej skłaniają do obserwowania niż do działania.
Przed domem też zrobiło się świątecznie – lampki, stroiki, renifery, cała ta zimowa scenografia. A ja przyjąłem rolę tragarza: wnoszę, wynoszę, znoszę ze strychu, podaję, parkuję wózek z choinką na podjeździe i staram się nie przeszkadzać w twórczym procesie dekorowania. Myślę, że to całkiem fair układ – ale jak trzeba, oczywiście pomogę.
W ogrodzie praca na chwilę ucichła. Zostało tylko pozbierać resztki liści, gałązek, odłożyć narzędzia. Reszta może poczekać do wiosny. Teraz można wreszcie odetchnąć, skupić się na życiu, wyciągnąć z półek dawno niezaglądane książki, odkurzyć historię zapisaną w rodzinnej bibliotece.
Czasem takie drobiazgi – zapach igliwia, ciepłe światło lampek, wolna chwila z herbatą – bardziej tworzą magię Świąt niż cała oprawa.



Dodaj komentarz