Bonum Cursum

Savickis life journey

  • Jak wiele inspiracji w bieżącym roku dawało mi bieganie, jak wiele dawało mi poczucie wolności a zarazem wspólnoty, przynależności do grupy ludzi, która z roku na rok staje się coraz większą. Słowa uznania cisną mi się na usta kiedy pomyśle, że tak prosta czynność jaką jest bieganie może przerodzić się w inicjatywę społeczną, ale nie o tym tutaj J .

    Start godzina 10:00! Z małym poślizgiem ruszamy na trasę w Szczecinie. „Policz się z cukrzyca ” jak co roku w pierwszym tygodniu stycznia organizowana przez fundacje Jurka Owsiaka, po raz kolejny. Nie ważna trasa, jej długość, czas… tutaj liczy się zabawa. Osiemset metrów nie trwa zbyt długo ale w pamięci pozostanie na zawsze. Rozpoczęliśmy sezon 2012.

    W marcu sezon biegowy jest już zazwyczaj w pełni i tak było i tym razem. Miastem szczególnym dla mnie jest Poznań. Odnoszę wrażenie, że takiej organizacji jak ta nie ma nigdzie indziej, no może w Warszawie. Dzięki takim przedsięwzięciom czuje, że jednak jesteśmy częścią nie tylko Europy ale i świata, mało tego, powoli stajemy się jej czołówką.  Maniacka Dziesiątka już po raz ósmy 17.03.2012 roku.

    Na kolejny start nie trzeba było czekać zbyt długo. Kilka dni później w Warszawie miał miejsce 7 Półmaraton Warszawski. Po raz pierwszy znalazłem się na starcie obok tak niesamowitego, ogromnego tłumu. Prawie siedem tysięcy biegaczy, w tym obcokrajowcy z około trzydziestu krajów, przemierzało główne ulice stolicy. BIEGANIE ZAWŁADNĘŁO POLSKĄ!

    Bez wątpienia przede mną, wielkimi krokami zbliżał się mój debiut. Nigdy nie śmiałem nawet marzyć o czymś tak osobiście dla mnie wielkim. Pamiętam jak pierwszy raz ujrzałem w internecie film ukazujący wzruszonych „marathon finisher – ów”. Piętnastego kwietnia około godziny trzynastej miałem już to za sobą. Trzydzieste dziewiąte mistrzostwa Polski w maratonie w Dębnie Lubuskim. Moja droga na szczyt Korony Maratonów Polskich rozpoczęła się.

    Nie było zbyt wiele czasu na odpoczynek ale do Szczecinka pojechałem zupełnie wyluzowany, aby pobiec dla samej atmosfery, opłacało się. Kolejny medal do kolekcji, czas zupełnie w mojej normie. Czuje się przywiązany do tego miasta. Nazywam siebie przez śmiech lokalnym patriotą:) Pochodzę z miasta o bardzo podobnych cechach: demograficznych, lokalizacyjnych ale i obyczajach. Nigdy nie zapominam o przyjaciołach, których odwiedzam przy każdej możliwej okazji. Dzięki gościnie jednego z nich i nastawienie było lepsze mimo chłodu za oknem.

    Ile musiałbym się rozpisywać ażeby opisać jak ważne są lokalne imprezy, bo przecież na właśnie takich pomysłach się rozwijają się największe wyścigi uliczne. Jak co roku Gryfino – Gartz przywitało około 250 zawodników głównie z okolic. Z roku na rok coraz więcej uczestników. Oby tak dalej.

    „I wtedy przyszedł maj” a dokładnie dwudziesty maja kiedy ulicami Torunia, urokliwym starym miastem ruszamy na mój drugi duży sprawdzian. XXX Maraton Toruński jak do tej pory był moim najcięższym. Ponad trzydziestu stopniowa temperatura dała się we znaki. Do mety dotarłem „pokiereszowany ” ale szczęśliwy. Powrót do macierzystego pomysłu odbywania się biegu tylko i wyłącznie na trasie Torunia nie do końca ucieszył wszystkich ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

    Czerwiec był dla mnie miesiącem przepracowanym w stu procentach. Do tego dochodziły niezbyt długie treningi średnio do godziny czasu dziennie. Po prawie miesięcznym „odpoczynku” od zawodów zacząłem wyszukiwać czegoś wartego uwagi aż natrafiłem na Półmaraton Lipcowy w Okonku. Jak się później okazało ta przerwa była dla mnie nie tylko czasem do namysłu ale i do odpowiedniego nastawienia psychicznego. Kilka dni później na mecie zanotowałem rekord życiowy 🙂

    Nie jestem osoba, która długo usiedzi w jednym miejscu 🙂 Miesiąc po następnych zawodach nadszedł czas na kolejne, tym razem nie musiałem zbyt martwić się o dojazd ponieważ odbywały się one nieopodal. Dobra passa wciąż trwała. Chociaż dystans dla mnie dziwny, bo dwanaście kilometrów z małym haczykiem, to czas w miarę możliwości. Moryń przypadł mi do gustu.

    Zawsze czułem się ze Szczecinem zżyty. Chociaż tutaj trenowałem na co dzień, nigdy nie udało mi się uczestniczyć w żadnym z wyścigów ulicznych. Tak miało być i tym razem. Kiedy dowiedziałem się, że jednak uda wrócić się z obczyzny kilka tygodni wcześniej buty same się sznurowały. 33 Półmaraton Gryfa przeszedł do historii a ja TAM BYŁEM!

    30 września bieżącego roku miał być dla mnie datą przełomową i tak rzeczywiście było. W przeddzień byłem już na stadionie narodowym, widziałem towarzyszące kolejnemu dniu przygotowania, targi. Drugi, długi odcinek w drodze na szczyt Korony Maratonów Polskich uważam za udany. Warszawa przywitała mnie gorącym dopingiem kilkunastu tysięcy gardeł na stadionie i ulicach miasta. Podróż męcząca, ale jaka satysfakcja!

    Niespodziewanie, po raz kolejny zmuszony byłem opuścić granice Polski. Ominęło mnie kilka ciekawych imprez biegowych. Najbardziej żałuje mistrzostw drużyny, tej z którą tak mocno się zżyłem a więc Poznań Maraton. Nieodżałowanie jest mi przykro, ze nie zawitałem na ulice Szamotuł w tym roku a także, że nie podtrzymałem tradycji Biegnij Warszawo. Zastąpić się tego nie dało ale w miarę możliwości udało się po raz pierwszy uczestniczyć w biegu poza granicami państwa. Las Palmas de Gran Canaria, II Criterium Run de Las Palmas 10.11.2012.

    KONIEC SEZONU 2012!

    PODSUMA: 6500KM+ZAWODY

    PODZIĘKOWANIA:  dla bliskich i rodziny za wsparcie, dla firmy Run Expert za fachowe doradztwo i dobór sprzętu, znajomym biegaczom za inspiracje. Do zobaczenia na starcie już w 2013.

    CZUWAJ 🙂

     

  • źródło: http://www.maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=2&action=44&code=34615

    Kochany Dziadku

    To mój pierwszy list do Ciebie. Nie pisałem nigdy, bo urodziłem się 3 lata po Twojej śmierci. Znam Cię tylko z opowieści Twoich dzieci, w tym Twojej córki Marysi, mojej Mamy. Byłeś dla nich szlachetnym wzorem. Opowiadali o Tobie zawsze z wielkim szacunkiem. Ty, chłopak z Pruszcza, urodzony i wychowany w czasach, kiedy Polska była tylko w sercach i marzeniach Polaków. Ty, który sam nauczyłeś się czytać i pisać po polsku, bo w szkole był to język zakazany. Ty, który piękną polszczyzną w swoich pamiętnikach „Los żołnierza” opisałeś swoją tułaczkę po frontach I wojny światowej a później polsko-bolszewickiej. Ty, dla którego Ojczyzna była tak samo ważna jak rodzina. Dla niej, Polski, zgodziłeś się (bo on Cię o to sam poprosił), by Twój najstarszy syn, Jerzyk, w wieku 17 lat poszedł w głąb ziemi rosyjskiej, bo tam w czasie II wojny światowej gen. Anders tworzył polską armię. A potem cierpiałeś razem z nim, bo nie mógł wrócić i został w Anglii.

    Podziwiałem Cię Dziadku za to co znalazłem w Twoim biurku, które długo stało w Twoim domu na strychu. Ty, kolejarz z Pruszcza-Bagienicy, interesowałaś się światem, nauką, w stopniu daleko wybiegającym poza horyzont Twojej wsi. Poza schematy ówczesnego życia a i religijności rozumianej bardzo tradycyjnie. I pisałeś. Wśród Twoich notatek znalazłem też Twoje „Złote myśli”. Jedna z nich szczególnie utkwiła mi w pamięci – „Starajmy się być sprawiedliwymi chociażby spotykały nas same niesprawiedliwości”.

    Piszę do Ciebie Dziadku, bo 11 listopada biegłem w jednym z biegów upamiętniających Dzień Niepodległości. Było to w Obornikach Wlkp. Jakbyś jechał z Pruszcza Bagienicy pociągiem to do Złotowa, trasą na której pracowałeś, dalej do Piły a potem kierunek Poznań. Biegliśmy 15 km. Nie było nas dużo, bo około 230 osób ale ja lubię takie biegi. Szczególnie też jeśli wszystko jest dobrze zorganizowane. A było, bo wiesz, wielkopolskie „porządek musi być” :). Na początek zaparkowałem samochód blisko mety a obok było biuro zawodów. Odebrałem numerek i koszulkę z wielkim orłem na piersiach. Ze sobą przywiozłem biało-czerwoną czapeczkę z napisem „Polska” i małą flagą. Potem była rozgrzewka i poszliśmy na start, na ul.Piłsudskiego. I ruszyliśmy.

    Trasa była fajna ale mnie od 3 do 6km rozbolały mięśnie nóg poniżej kolan i musiałem zwolnić. Pierwsze 2 kilometry były po asfalcie ale potem zaczął się polbruk. A moje nogi bardzo tego nie lubią. Za twardo. No i musiałem mocno zwolnić, bo inaczej by ten ból nie przeszedł. Dopiero od 6 km znowu mogłem pobiec szybciej. A pod drodze pełno strażaków i policjantów. Pilnowali, żeby nikt nam nie przeszkadzał w biegu. I nikt nie przeszkadzał. Czasem ktoś bił brawo. Potem wbiegliśmy w osiedle domków jednorodzinnych a po chwili w las. Taki las jak w Pruszczu, tam za mostem do Terespola. W lesie mieliśmy nawrót. Biegło mi się coraz lepiej. Po drodze w dwóch miejscach czekała na nas woda i herbata. Wróciliśmy na ten polbruk ale ja już byłem rozgrzany i biegłem jak dla mnie bardzo szybko. Tak około 5:00-5:05 na kilometr. I dobiegłem do mety. Życiówki nie udało się poprawić ale za metą czekał piękny medal. A oprócz medali kiełbaska, herbatka, bułka, ciepła woda pod prysznicem. I rozmowy. Bo my biegacze dużo ze sobą rozmawiamy, Dziadku. O tym jak się biegło, jaki czas, czy coś bolało. Skoro biegliśmy w jednym biegu to się znamy. To wystarcza.

    Ale kiedy wracałem z Obornik do domu usłyszałem w radiu, że w Warszawie znowu rozruchy. Że znowu rzucanie kamieniami, niszczenie samochodów. Że znowu policja użyła gazu i strzelała gumowymi kulami. Że znowu w rękach Polaków biało-czerwone flagi i krzyże a w ustach wyzwiska i obelgi.

    Dlaczego Dziadku nie może być tak jak w tym biegu w Obornikach, Łubiance, Luboniu czy w Warszawie? Dlaczego w jednym biegu może biec rabin obok księdza, komunista obok sympatyka Radia Maryja czy prezydent miasta obok bezrobotnego a jedyne czym się różnimy to czas na mecie? A każdy osiągnięty czas jest dobry i każdy szanowany? Brawa na mecie dostaje i pierwszy i ostatni? Dlaczego my biegacze potrafimy tak pięknie świętować urodziny naszej Ojczyzny a inni zamieniają ten dzień w dzień pogardy wobec siebie i Polski?

    Walczyłeś Dziadku o Polskę. Przeżyłeś okropieństwa I i II wojny, rozczarowanie Polską, którą nazwano Ludową. A teraz jakbyś patrzył na tych co dla własnych ambicji dzielą Polaków na lepszych i gorszych? Myślę, że wolałbyś biec z nami. I dostać taki piękny medal z wolnym, dumnym, polskim Orłem.

    Więc ten medal jest dla Ciebie.

    Mojego Dziadka.

    Twój wnuk

    Grześ

    Ps. Dziadku, pewnie powiesz mojej Mamie o tym liście. Powiedz Jej też, że dwa tygodnie temu byłem u lekarza, który mnie operował, na kolejnych badaniach kontrolnych. Z moją operowaną nerką wszystko jest dobrze. Bo wiesz, ja po prostu miałem szczęście…

  • Listopad – brzmi ponuro. To czas przemyśleń. Jest taka data raz w roku warta dodatkowo zadumy – 11.11 – „Pamiętamy…” . Szkoda jednak, że tak daleko od ojczyzny ale obiecałem sobie, w przyszłym roku będę na miejscu, tymczasem Las Palmas de Gran Canaria zamiast Goleniowa czy Warszawy, bo zazwyczaj staram się każdy wolny moment spędzić aktywnie.

    II Criterium Run Las Palmas 10.11.2012