Jeszcze chwilę temu wszystko budziło się powoli, jakby nie do końca pewne, czy to już naprawdę wiosna. A teraz przyszła nagle. W słońcu, w zapachu powietrza, w tych kilku cieplejszych dniach, które każą wyjść z domu i iść przed siebie bez większego planu.
A my w święta jesteśmy w drodze. Jeden dzień tu, drugi tam. Samochód, stół, rozmowy, znajome miejsca. Trochę chaosu, trochę rutyny. Coroczna wędrówka między domami, która z czasem staje się czymś naturalnym. Każdy przystanek podobny, a jednak inny. Te same potrawy, ale trochę inne historie. Te same twarze, tylko o rok starsze.
Wiosna rozgościła się już gdzieś obok. Na ulicach, w parkach, w pierwszych naprawdę ciepłych wieczorach. Ale w naszych ogrodach jeszcze jakby się waha. Jeszcze nie wszystko ruszyło, jeszcze ziemia nie do końca obudziła się z zimy. Trochę jak my. Też gdzieś pomiędzy.
Bo zanim wszystko naprawdę się zazieleni, zanim wrócimy do swojego rytmu, jest jeszcze ta chwila. Trochę niedokończona. Trochę w rozjazdach. Ale już wyraźnie nowa. Wiosno nadchodź!


W przygotowaniu do świąt. Koszyczek naszykowany, palma własna, bojowość pełna. Przyjmujemy nowy rytm tych dni. Zajrzeliśmy na chwilę na liturgię w naszym mieście, żeby złapać moment zatrzymania, zanim wszystko znów przyspieszy. A potem już klasycznie jeden dom, drugi dom. Najpierw u jednych rodziców, potem u drugich. I naprawdę mamy w tym szczęście, że możemy tak jeździć, że te miejsca są, że ktoś czeka.
Między stołem a rozmowami, między drogą a chwilą oddechu składamy sobie te święta po swojemu. Trochę w biegu, trochę na spokojnie, ale razem.

Dodaj komentarz