Ostatnie dni starego roku i pierwsze nowego. Czas pomiędzy. Jeszcze trochę tu, a myślami już dalej. Na Nowy Rok spadł śnieg. Prawdziwy, biały, cichy. Na chwilę świat zwolnił i przykrył wszystko równo, jakby chciał zostać na dłużej.
Kilka dni później dosypało jeszcze trochę. Bez zastanawiania się korzystaliśmy, bo było jasne, że to nie potrwa długo. A potem przyszła kolejna odsłona zimy. Lodowisko. Chodniki gładkie i zdradliwe, ładne tylko z daleka.
Wczoraj wyszedłem wieczorem na świeże powietrze. Spokojny ruch, cisza, kilka kroków. I nagle prawie zwichnięta noga, bo ziemia okazała się śliska jak szkło. Zwykły spacer, a w pakiecie trening równowagi i szybki kurs nieplanowanej akrobatyki. Ćwiczenie padów zaliczone bez zapisu i bez rozgrzewki.
Śnieg właściwie już za nami. Została faza błota poślizgowego i chlapy. Mokre buty, brudne nogawki i charakterystyczny chód człowieka, który bardzo chce wrócić do domu w jednym kawałku.
To chyba jedyna pora roku, w której można jednocześnie poślizgnąć się, ubrudzić i jeszcze udawać, że to wszystko było zaplanowane.


Dodaj komentarz