• Tydzień 25 – 26. Peter J. D’Adamo, Catherine Whitney – Jedzenie zgodne z Twoją grupą krwi

    Po tę książkę sięgnąłem bardziej z ciekawości niż z konkretnego planu. „Jedzenie zgodne z Twoją grupą krwi” Petera J. D’Adamo i Catherine Whitney od lat pojawia się w dyskusjach o żywieniu, zdrowiu i indywidualnym podejściu do diety. Znałem samą koncepcję, ale dopiero teraz znalazłem czas, żeby przeczytać ją od początku do końca.

    Nie była to lektura, którą przeczytałem jednym ciągiem. Raczej wracałem do niej fragmentami, zatrzymując się przy kolejnych rozdziałach i sprawdzając, jak autorzy uzasadniają swoje podejście. To jedna z tych książek, które bardziej skłaniają do zastanowienia się nad własnymi nawykami niż do szybkiego przewracania stron.

    Główna idea opiera się na założeniu, że grupa krwi może wpływać na sposób, w jaki organizm reaguje na różne produkty spożywcze. Autorzy przedstawiają osobne zalecenia dla poszczególnych grup krwi, opisując produkty rekomendowane, neutralne oraz takie, których warto unikać. Całość została przedstawiona jako próba bardziej spersonalizowanego spojrzenia na odżywianie.

    Najciekawsze było dla mnie nie tyle samo menu dla konkretnych grup, ile sposób myślenia o żywieniu. Książka pokazuje, jak bardzo ludzie szukają odpowiedzi na pytanie, dlaczego coś działa dla jednej osoby, a nie działa dla drugiej. W świecie pełnym uniwersalnych porad taka perspektywa zwraca uwagę, nawet jeśli podchodzi się do niej z pewnym dystansem.

    Podczas czytania miałem wrażenie, że autorzy próbują połączyć biologię, historię i codzienne wybory żywieniowe w jedną spójną opowieść. Niezależnie od tego, czy ktoś zgadza się z przedstawionymi wnioskami, trudno odmówić książce wpływu na popularność idei indywidualnego podejścia do diety.

    To także ciekawy przykład książki, która wywołała wiele dyskusji. Zwolennicy wskazują na własne doświadczenia i poprawę samopoczucia po zastosowaniu zaleceń, natomiast krytycy zwracają uwagę na brak jednoznacznych dowodów naukowych potwierdzających skuteczność tej metody. Dzięki temu lektura staje się nie tylko książką o żywieniu, ale również punktem wyjścia do rozmowy o tym, jak oceniamy informacje dotyczące zdrowia.

    Po przeczytaniu została mi przede wszystkim refleksja, że temat odżywiania jest znacznie bardziej złożony, niż często chcielibyśmy wierzyć. Szukamy prostych odpowiedzi, ale organizm rzadko działa według prostych schematów. Niezależnie od podejścia, warto obserwować własne nawyki i świadomie zastanawiać się nad tym, co trafia na talerz.

    Eng

    Week 25 – 26. Peter J. D’Adamo, Catherine Whitney – Eat Right 4 Your Type

    I picked up this book more out of curiosity than with any specific goal in mind. Peter J. D’Adamo and Catherine Whitney’s “Eat Right 4 Your Type” has been part of discussions about nutrition and health for years, and while I was familiar with the basic concept, I had never actually read the book from beginning to end.

    This was not a book I finished in a few sittings. Instead, I worked through it gradually, returning to different chapters and taking time to understand how the authors built their arguments. It is the kind of book that encourages reflection rather than simply turning pages.

    The central idea is that a person’s blood type may influence how their body responds to certain foods. The authors provide separate dietary recommendations for each blood group, dividing foods into categories that are considered beneficial, neutral, or less suitable. The overall approach is presented as an attempt to personalize nutrition rather than apply the same rules to everyone.

    What interested me most was not the specific food lists themselves, but the broader way of thinking about nutrition. The book explores a question many people ask: why does something work well for one person while producing different results for someone else? In a world full of universal advice, that perspective remains intriguing, even when approached with a healthy degree of skepticism.

    While reading, I felt that the authors were trying to connect biology, history, and everyday food choices into a single narrative. Whether or not one agrees with the conclusions, it is difficult to ignore the influence this book has had on popular discussions about individualized diets.

    It is also an interesting example of a book that has generated significant debate. Supporters often point to personal experiences and positive lifestyle changes, while critics highlight the lack of strong scientific evidence supporting the theory. Because of that, the book becomes more than a guide to nutrition, it also opens a conversation about how we evaluate health-related information.

    After finishing it, the main thought that stayed with me was how complex nutrition really is. We often look for simple answers, but the human body rarely follows simple rules. Regardless of the approach, there is value in paying attention to our habits and thinking more consciously about what ends up on our plate.

  • W ten weekend byliśmy na sesji zdjęciowej, która z pozoru miała być jedną z wielu, a jednak została w głowie na dłużej. Miejsce niedaleko domu, trochę zieleni, spokojne otoczenie i ten rodzaj ciszy, który od razu ustawia rytm całego dnia. Tym razem przed obiektywem stanęły moje własne dzieci.

    Na początku trochę chaosu, trochę śmiechu, trochę pytań kiedy koniec. Ale bardzo szybko przyszło coś lepszego. Naturalność. Ruch, spojrzenia, emocje, które dzieją się same i nie potrzebują instrukcji.

    Po wszystkim została prosta myśl. Nie trzeba wielkich planów, żeby powstało coś ważnego. Wystarczy światło, miejsce i ludzie, którzy są sobą.

  • Tydzień 23 – 24. Mario Puzo – Ojciec chrzestny

    Do Ojca chrzestnego Mario Puzo wróciłem po bardzo długim czasie. To jedna z tych książek, które niby się znają, bo widziało się film, kojarzy postacie i cytaty, ale dopiero powrót do oryginału pokazuje, jak dużo tam jest jeszcze przestrzeni i szczegółów.

    Nie był to zaplanowany wybór. Książka leżała z boku, odkładana od miesięcy, może nawet dłużej. Dwa tygodnie zajęło mi, żeby realnie znaleźć czas i w końcu się w nią wciągnąć. Ciągle coś było na teraz, a ona czekała gdzieś w tle, aż w końcu przyszedł moment, kiedy mogłem czytać bez pośpiechu.

    Fabuła prowadzi przez losy rodziny Corleone, gdzie na pierwszym planie jest Vito Corleone, człowiek, który zbudował swoją pozycję na zasadach lojalności, szacunku i własnego kodeksu. W jego świecie przemoc i biznes są ze sobą nierozerwalnie połączone, ale Puzo nie pokazuje tego w prosty sposób. To nie jest opowieść o dobrych i złych, tylko o systemie, w którym każdy wybór ma swoją cenę.

    Obok Vita bardzo mocno wybrzmiewa postać Michaela Corleone. Na początku outsider, ktoś kto nie chce mieć nic wspólnego z rodzinnym interesem, a z czasem staje się jego najważniejszą częścią. Ta przemiana jest powolna i przez to jeszcze bardziej niepokojąca. Nie ma tu nagłego zwrotu, tylko stopniowe przesuwanie granic, aż w pewnym momencie trudno już wrócić do punktu wyjścia.

    Najbardziej zostaje w głowie właśnie ten proces. Jak człowiek, który na początku chce żyć inaczej, krok po kroku wchodzi w rolę, której wcześniej się bronił. I jak bardzo decyzje podejmowane „dla rodziny” potrafią zmienić wszystko.

    Ciekawym kontekstem, który zawsze wraca przy tej historii, jest zachowanie Marlona Brando. Kiedy odbierał Oscara za rolę Vita Corleone, nie pojawił się osobiście na gali. Wysłał w swoim imieniu Sacheen Littlefeather, która odmówiła przyjęcia nagrody i wygłosiła krótkie oświadczenie w jego imieniu. Był to gest, który wywołał ogromne poruszenie i do dziś jest jednym z najbardziej symbolicznych momentów w historii Oscarów. Dla jednych był to sprzeciw wobec sposobu traktowania rdzennych Amerykanów w Hollywood, dla innych kontrowersyjny i nieakceptowalny ruch. Niezależnie od oceny, pasuje on trochę do samej historii Ojca chrzestnego – decyzje, symbole i konsekwencje, które zawsze wykraczają poza sam film.

    To nie jest książka, którą się po prostu odkłada po przeczytaniu. Zostaje na dłużej, bo pokazuje mechanizmy władzy, lojalności i relacji w sposób spokojny, ale bardzo konsekwentny.

    Po tych dwóch tygodniach zostaje myśl, że w tym świecie nic nie jest przypadkowe, a każda decyzja ma swoją cenę, nawet jeśli nie widać jej od razu.

    Eng

    Week 23 – 24. Mario Puzo – The Godfather

    It took me a long time to finally pick up Mario Puzo’s “The Godfather”. Not because I didn’t want to read it, but because it kept getting pushed aside. It ended up being a two-week process before I actually found the time and headspace to go through it properly. There was always something more urgent, and this book quietly waited in the background.

    The story itself follows the Corleone family, with Vito Corleone at the center. A man who builds his power on loyalty, respect, and a strict personal code. Puzo doesn’t present the mafia world in simple terms of good and evil. Everything feels structured, almost logical, where every decision carries consequences and nothing comes without a price.

    What stood out most is Michael Corleone’s transformation. At the beginning he is distant from the family business, almost intentionally outside of it. Over time, step by step, he becomes the central figure. There is no single turning point, just a slow shift that feels more disturbing because of how natural it is.

    One thing that always comes back when talking about this story is Marlon Brando. His performance as Vito Corleone became iconic, but what is just as memorable is what happened at the 1973 Academy Awards. Brando refused to attend the ceremony and sent Sacheen Littlefeather to decline the Oscar on his behalf. The gesture was tied to a protest against Hollywood’s treatment of Native Americans. It remains one of the most controversial and symbolic moments in Oscar history, and it somehow fits the world of “The Godfather” itself, where power, loyalty, and personal conviction always come with consequences.

    After finishing it, what stays is not just the story, but the feeling that every action in this world has a cost, even if it’s not visible right away.

  • Polski Klub 100 Maratonów powstał jako naturalne rozwinięcie czegoś, co przez lata funkcjonowało w polskim bieganiu nieformalnie. Przez długi czas podstawą była tzw. „lista Bednarza”, czyli zestawienie osób, które ukończyły co najmniej 100 maratonów. Z czasem środowisko biegowe doszło do momentu, w którym taka statystyka przestała być tylko ciekawostką, a stała się pełnoprawnym elementem historii polskiego biegania. Formalne uporządkowanie tej idei nastąpiło podczas Konferencji PSB w Jarosławcu. Tam powołano do życia Polski Klub 100 Maratonów (100MCP).

    Wraz z powołaniem 100MCP pojawiła się też potrzeba uporządkowania zasad liczenia maratonów i ultramaratonów. Środowisko samo zaczęło dostrzegać, że przy tak dużych liczbach i wieloletnich karierach konieczne jest jasne określenie reguł, aby statystyki były spójne i porównywalne. W tym celu zaplanowano stworzenie zespołu weryfikacyjnego, który ma w przyszłości potwierdzać wyniki i dbać o ich wiarygodność.

    Jednocześnie klub od początku nie był tylko suchą statystyką. Jego celem stała się integracja środowiska biegaczy maratońskich, zarówno w Polsce, jak i w relacjach międzynarodowych. Nawiązywano kontakt z podobnymi klubami 100 maratonów działającymi w innych krajach, co pokazało, że jest to zjawisko globalne, a nie wyłącznie lokalna ciekawostka.

    W efekcie powstał obraz bardzo specyficznej grupy ludzi. Nie są to zawodowcy w klasycznym sensie, ale osoby, dla których bieganie przestało być pojedynczym wydarzeniem, a stało się wieloletnim rytmem życia. Statystyka 100 maratonów nie opisuje tylko liczby startów, ale też sposób funkcjonowania przez dekady.

    Na dzień aktualizacji listy 100MCP (stan na 31.12.2025 / początek 2026) w Polsce mamy już 257 osób, które ukończyły co najmniej 100 maratonów i ultramaratonów. To jest bardzo wąska grupa, biorąc pod uwagę skalę całego biegania amatorskiego w kraju.

    Najbardziej uderzająca rzecz nadal się nie zmienia — ogromna dysproporcja płci. Wśród setkowiczów dominują mężczyźni, a kobiety stanowią tylko niewielki procent całej listy. Na szczycie pozostaje Ryszard Kałaczyński, który przekroczył już granicę ponad 1000 maratonów, co ustawia go w zupełnie innej kategorii niż klasyczne rozumienie sportu amatorskiego. Wśród kobiet najwyżej klasyfikowana jest Izabela Darowska, z wynikiem ponad 600 startów.

    Widać też wyraźnie, że to nie jest grupa „młodych sportowców”. Średni wiek zawodników to okolice 60 lat, co pokazuje, że ten poziom wolumenu startów buduje się przez dekady, a nie sezon czy dwa. Najwięcej osób znajduje się w przedziale 50–70 lat, czyli w momencie życia, w którym wielu ludzi raczej ogranicza aktywność, a nie ją zwiększa.

    Ciekawy jest też rozrzut wieku ekstremalnego. Najstarsi zawodnicy wciąż są aktywni i mają ponad 80 lat, a jednocześnie najmłodsi „setkowicze” potrafią mieć już ponad 150–200 maratonów w wieku około 30–40 lat. To pokazuje, że wejście do tej grupy może nastąpić bardzo wcześnie, ale utrzymanie się w niej wymaga wieloletniej konsekwencji.

    Jeśli spojrzeć na całość liczb, robi się to jeszcze bardziej wyraźne. Łącznie zawodnicy z listy mają dziesiątki tysięcy ukończonych biegów. Tylko najbardziej aktywni biegacze potrafią w jednym roku startować kilkadziesiąt razy na dystansie maratonu i ultra. To nie jest klasyczny model treningowy, tylko styl życia oparty na powtarzalności.

    W tle tych danych widać jeszcze jedną rzecz: ta grupa nie rośnie przypadkowo. Każdego roku dochodzą nowi zawodnicy, którzy przekraczają barierę 100 maratonów, ale jednocześnie czołówka nadal utrzymuje bardzo wysoką aktywność. To oznacza, że „stare nazwiska” nie znikają, tylko dalej budują swój wynik.

    Łącznie zawodnicy z listy mają na koncie dziesiątki tysięcy ukończonych biegów. Niektórzy startują kilkadziesiąt razy rocznie na dystansie maratonu i ultra. To nie jest klasyczny model sportu, tylko długotrwały sposób funkcjonowania oparty na powtarzalności.

    Co ważne, lista nie tylko rośnie, ale też się utrzymuje – nowi zawodnicy przekraczają barierę 100 maratonów, a czołówka nadal pozostaje aktywna i systematycznie powiększa swoje wyniki. Właśnie z tych danych wyłania się najprostszy wniosek: to nie jest sport jednego momentu, tylko długiego trwania. Wiek nie kończy tu aktywności a zmienia jedynie jej tempo.

    Lista

  • W zeszły weekend trafiłem na jeden z tych biegów, które trudno ocenić samym wynikiem. Niewielka miejscowość niedaleko domu, kilka pól, trochę lasu, wiejskie drogi i atmosfera, której coraz rzadziej można doświadczyć na dużych imprezach.

    Na starcie nie było tłumów. Żadnych kolejek do depozytu, przepychania się między setkami zawodników czy nerwowego szukania miejsca. Kilkudziesięciu biegaczy, znajome twarze i poczucie, że wszyscy przyjechali tu bardziej pobiegać niż ścigać się za wszelką cenę.

    Lubię takie zawody. Jest w nich coś, co przypomina początki biegania amatorskiego. Mniej komercji, mniej pośpiechu, więcej zwykłej radości z ruchu. Trasa prowadziła przez spokojne okolice. Miejsca, obok których normalnie przejeżdża się samochodem bez większej uwagi. Dopiero podczas biegu widać, jak cicho jest między polami i jak dużo przestrzeni daje taki krajobraz.

    Sam bieg był przyjemny. Bez wielkich sportowych emocji, ale właśnie dlatego dobrze się go wspomina. Tempo było drugorzędne. Ważniejsze okazało się to, że przez kilkadziesiąt minut można było po prostu biec i chłonąć otoczenie.

    Najbardziej zapamiętałem jednak to, co działo się po przekroczeniu mety. Obok zawodów odbywał się lokalny festyn. Dzieci biegały między atrakcjami, z głośników leciała muzyka, ludzie siedzieli przy stołach i rozmawiali. Nie było wyraźnej granicy między biegaczami a mieszkańcami. Jedni i drudzy tworzyli jedną imprezę.

    Coraz częściej mam wrażenie, że właśnie takie wydarzenia są najcenniejsze. Nie te największe i najbardziej medialne, ale te organizowane przez lokalne społeczności. Tam wynik schodzi na dalszy plan. Liczy się spotkanie ludzi, wspólne spędzenie czasu i poczucie, że sport jest częścią czegoś większego.