• Tydzień 21. Fiodor Dostojewski – Bracia Karamazow

    W tym tygodniu sięgnąłem po Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego. To jedna z tych książek, do których nie wraca się lekko ani przypadkiem. Raczej wtedy, kiedy ma się w sobie gotowość na coś cięższego – moralnie, emocjonalnie i intelektualnie.

    Historia rodziny Karamazow od początku jest napięta i nieprzyjemna w swoim realizmie. Ojciec i trzej synowie, każdy inny, każdy w jakiś sposób poraniony i uwikłany w relację, która od początku wydaje się skazana na konflikt. To nie jest opowieść o rodzinie w klasycznym sensie, raczej o rozpadzie więzi i o tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy nie ma już prostych odpowiedzi.

    Najmocniej zostaje we mnie to, jak Dostojewski traktuje pytania o wiarę, wolność i odpowiedzialność. Nie daje gotowych odpowiedzi, raczej zmusza do ciągłego stawiania pytań, które są niewygodne i często pozbawione jednoznacznych rozwiązań. Zwłaszcza wątek Iwana i jego wewnętrznych zmagań zostaje w głowie na długo, bo dotyka granicy między rozumem a wiarą, między logiką a czymś, czego nie da się łatwo wyjaśnić.

    Sam Dostojewski też jest dla mnie autorem, którego nie da się czytać „na chłodno”. Jego biografia, doświadczenia i obsesje wchodzą w tekst bardzo wyraźnie. W „Braciach Karamazow” czuć to szczególnie mocno – jakby każda postać była fragmentem większego wewnętrznego sporu.

    To nie jest książka, którą czyta się dla fabuły. Raczej dla ciężaru myśli, które zostają po niej jeszcze długo. Momentami męcząca, momentami przytłaczająca, ale właśnie przez to trudno ją z siebie wyrzucić.

    Ten tydzień był bardziej o mierzeniu się z pytaniami, na które nie ma wygodnych odpowiedzi, niż o samej historii.

    ENG

    Week 20. Fyodor Dostoevsky The Brothers Karamazov.

    This week I turned to “The Brothers Karamazov” by Fyodor Dostoevsky. It is not a book one returns to lightly or by accident. It feels more like something you approach when you are ready for something heavier – morally, emotionally and intellectually.

    The story of the Karamazov family is tense and unsettling in its realism from the very beginning. A father and three sons, each different, each in some way wounded and bound together in a relationship that feels doomed to conflict from the start. It is not really a story of a family in a traditional sense, but rather of the breakdown of bonds and what happens to a person when there are no easy answers left.

    What stayed with me most is how Dostoevsky treats questions of faith, freedom and responsibility. He does not offer clear answers, but instead forces the reader into constant questioning, often uncomfortable and unresolved. Especially Ivan’s storyline stays in the mind for a long time, as it touches the boundary between reason and faith, between logic and something that cannot be easily explained.

    Dostoevsky himself is also an author who cannot really be read in a detached way. His biography, experiences and inner struggles are strongly present in his writing. In “The Brothers Karamazov” this is especially visible, as if each character were a fragment of a larger internal conflict.

    This is not a book to read for the plot. It is more about the weight of thoughts it leaves behind. At times exhausting, at times overwhelming, but precisely for that reason hard to forget.

    This week was more about confronting questions without comfortable answers than about the story itself.

  • Wypad do miasta z żoną, czyli dla człowieka mieszkającego praktycznie przy lesie prawie jak city break. Na co dzień słyszy ptaki i patrzy na drzewa, więc kilka godzin między kamienicami działa jak zmiana strefy klimatycznej.

    Od rana zaskakująco spokojnie, bez większego ruchu i całego miejskiego chaosu, który zwykle człowieka odstrasza. Dało się normalnie pochodzić, popatrzeć i poczuć klimat miasta bez potrzeby uciekania po godzinie.

    Fajnie też obserwować, jak wszystko dynamicznie zmienia się na plus. Więcej zieleni, nowe miejsca, sporo drobnych zmian, które robią różnicę i sprawiają, że miasto wygląda coraz lepiej. Nadal tylko obowiązuje stara miejska tradycja, czyli znalezienie miejsca parkingowego graniczy momentami z cudem.

    Za to kawa na Jasnych Błoniach wynagrodziła wszystko. Słońce, spokojny spacer i taki moment, kiedy człowiek przypomina sobie, że czasem dobrze jest wyrwać się nawet kilka kilometrów od swojej codzienności.

  • Kolejny weekend fajnie spędzony z rodziną, tym razem w mini zoo. Dzieci były zachwycone, a takie miejsca mają jednak swój klimat, szczególnie kiedy można po prostu pochodzić bez większego planu i patrzeć, jak najmłodsi odkrywają wszystko po swojemu.

    Coraz bardziej czuć też, że zaczyna się sezon na takie wyjścia. Pogoda jeszcze jest trochę niestabilna, rano dalej potrafi być chłodno i człowiek wychodzi ubrany „na cebulkę”, a kilka godzin później robi się całkiem przyjemnie. Mimo tego już widać lato za zakrętem i coraz częściej pojawia się ochota, żeby więcej czasu spędzać na zewnątrz.

    Najlepsze w takich dniach jest chyba właśnie to spokojne tempo i zwykła prostota. Bez wielkich atrakcji, ale z tym poczuciem, że rodzinny czas spędzony razem zostaje w głowie najdłużej.

  • W tym tygodniu byliśmy w zoo. Tym razem pierwszy raz w nowym komplecie, bo jest nowy członek rodziny, co zmienia trochę cały rytm takich wyjść. Do tego nowy kompleks w zoo, więc wszystko razem daje świeże doświadczenie – jakby to miejsce było trochę na nowo odkrywane.

    2+2, spokojne tempo, bardziej rodzinne włóczenie się niż klasyczne zwiedzanie. Nowa część zoo robi różnicę i przestrzeń, układ i ogólnie wrażenie, że całość jest bardziej otwarta i wygodna do spacerowania.

    Najlepsze jest to, że z wózkiem można tam chodzić praktycznie wszędzie. A nawet z dwoma, jeśli ktoś lubi logistyczne wyzwania i test cierpliwości na poziomie eksperckim. Na tobołki też jest miejsce, więc cała operacja „wyjście rodzinne” działa zaskakująco sprawnie.

    To też fajny moment na rozpoczęcie sezonu takich spacerów i wyjść na zewnątrz. Po zimniejszym okresie łatwo zapomnieć, jak dobrze działa zwykłe chodzenie i obserwowanie świata bez planu.

    Bilet roczny rodzinny dalej wypada stosunkowo tanio, więc przy kilku wizytach w roku zaczyna się to po prostu opłacać i z czasem robi się z tego naturalna rutyna.

    Zwykły dzień, bez wielkich wydarzeń, ale z tym spokojnym poczuciem, że takie rzeczy najbardziej zostają.

  • Eng below

    Tydzień 20. Jerzy Kosiński „Malowany ptak” (“The Painted Bird”).

    W tym tygodniu wróciłem do „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego. To jedna z najbardziej brutalnych i przygnębiających książek, jakie czytałem, ale też jedna z tych, o których trudno przestać myśleć.

    Historia chłopca błąkającego się po wsiach podczas wojny od początku daje poczucie samotności i ciągłego zagrożenia. W tej książce prawie nie ma miejsca na bezpieczeństwo czy normalność. Jest za to strach, przemoc i ludzie pokazani w swoich najgorszych momentach.

    Najmocniejsze było dla mnie to, że „Malowany ptak” nie pokazuje wojny przez front czy wielką politykę, ale przez zwykłych ludzi i codzienne okrucieństwo. Momentami trudno oddzielić, co jest jeszcze symbolem i literaturą, a co próbą pokazania realnego doświadczenia traumy.

    Sama historia Jerzego Kosińskiego też jest bardzo ciekawa i tragiczna. Po wojnie wyjechał do Stanów Zjednoczonych i tam zbudował swój literacki sukces praktycznie od nowa, pisząc po angielsku i stając się częścią amerykańskiego świata kultury. Jednocześnie przez całe życie towarzyszyły mu kontrowersje dotyczące jego biografii i twórczości, a jego historia zakończyła się tragicznie.

    To wszystko sprawia, że „Malowany ptak” czytałem bardziej jako próbę zmierzenia się z traumą, samotnością i przemocą niż jako zwykłą powieść wojenną.

    Ten tydzień był bardziej o tym, jak literatura potrafi zostawić dyskomfort i pytania bez prostych odpowiedzi, niż o samej historii książki.

    ENG

    Week 20. Jerzy Kosiński “The Painted Bird”.

    This week I returned to “The Painted Bird” by Jerzy Kosiński. It is one of the most brutal and disturbing books I have read, but also one of those that is impossible to forget.

    The story of a boy wandering through villages during the war creates a feeling of loneliness and constant danger from the very beginning. There is almost no sense of safety or normal life in this book. Instead there is fear, violence and people shown in their worst moments.

    What stayed with me most was that “The Painted Bird” does not show war through battles or politics, but through ordinary people and everyday cruelty. At times it becomes difficult to separate symbolism and fiction from an attempt to describe real trauma.

    Jerzy Kosiński himself is also a fascinating and tragic figure. After the war he moved to the United States, where he built his literary career almost from nothing, writing in English and becoming part of the American cultural world. At the same time he was surrounded by controversies about his biography and work for most of his life, and his story eventually ended in tragedy.

    All of this made me read “The Painted Bird” more as an attempt to confront trauma, loneliness and violence than simply as a war novel.

    This week was more about how literature can leave discomfort and unanswered questions than about the story itself.