Bonum Cursum

Savickis life journey

  • Lato naprawdę nas rozpieszcza. Pogoda jest świetna, dni są długie, a wolnego czasu jakby trochę więcej. Taki weekend aż prosi się o to, żeby zwolnić, odłożyć codzienne obowiązki i po prostu cieszyć się chwilą.

    Dzisiaj niedziela, więc obowiązkowo wyjście do lasu. Trochę pochodzić, pooddychać świeżym powietrzem i zobaczyć, co się zmienia. Las o tej porze roku potrafi zaskoczyć, a podczas każdego spaceru można zauważyć coś nowego.

    Do tego spacer z dziećmi, trochę rozmów, śmiechu i wspólnego czasu. W codziennym biegu łatwo zapomnieć, że najcenniejsze rzeczy są zupełnie proste: czas spędzony z rodziną, zdrowie i możliwość cieszenia się zwyczajnym dniem.

    Niedziela, las, dzieci i spokojna głowa. Takie dni warto doceniać. Kawa na powrocie, to akcent miejski. 🙂

  • Jak co weekend biegnę długi bieg. Kilka godzin w nogach, żeby ich nie rozhartować i nie wypaść z rytmu. Po drodze patrzę, a tu nagle w polu kukurydzy wyrastają słupy, jeden za drugim.

    Niby nic niezwykłego, infrastruktura, technika, rozwój. A jednak takie małe technopolis w środku pola budzi we mnie jakiś lekki niepokój. Człowiek biegnie sobie spokojnie przez wieś, kukurydza, pola, cisza… i nagle zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie wbiegł do jakiegoś filmu science fiction.

    Chyba jednak wolę, kiedy w polu rośnie kukurydza, a nie technopolis.

  • Ostatnie urodziny były trochę jak podwójne święto. Jeden mały człowiek świętował swoje pierwsze pół roku, drugi kolejne urodziny, a my mieliśmy po prostu kolejny powód, żeby zatrzymać się na chwilę i nacieszyć tym, co mamy.

    Przy dzieciach czas chyba działa trochę inaczej. Z jednej strony człowiek czasem czeka na moment, kiedy będzie trochę spokojniej, trochę więcej snu i trochę więcej czasu dla siebie. Z drugiej strony wystarczy spojrzeć na zdjęcia sprzed kilku miesięcy i nagle okazuje się, że przecież oni zmienili się nie do poznania.

    Jeden dopiero odkrywa świat, drugi już ma swoje pomysły, pytania, własne zdanie i coraz bardziej pokazuje, kim będzie. Razem tworzą duet, przy którym zdecydowanie nie można narzekać na nudę.

  • Dwa lata minęły, odkąd byliśmy w Étretat. Niesamowite, jak szybko ucieka czas. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze, szczególnie dlatego, że pogoda zaczęła się zmieniać i powoli zaczynał padać deszcz. Właśnie wtedy ruszyliśmy na szlak wzdłuż wybrzeża, prowadzący między innymi w pobliżu pola golfowego. Oczywiście po drodze lekko zgubiliśmy właściwą trasę, bo najwyraźniej nawet z mapą człowiek czasem potrafi znaleźć własną drogę.

    Mimo tego było naprawdę zacnie. Widoki były niesamowite, klify, morze, charakterystyczne skały Étretat i ta surowa normandzka przestrzeń, która robi ogromne wrażenie. Zwiedzaliśmy jednak trochę w pośpiechu, bo deszcz coraz bardziej dawał o sobie znać. Co chwilę człowiek chciał jeszcze zatrzymać się na chwilę, zrobić zdjęcie, popatrzeć na widok, ale z drugiej strony coraz bardziej oczywiste było, że trzeba będzie niedługo schować się przed deszczem.

    Najbardziej podobało mi się chyba to, że byliśmy tam stosunkowo wcześnie. Na szlaku prawie nikogo nie było. Można było spokojnie iść, zatrzymywać się tam, gdzie mieliśmy ochotę, i przez chwilę mieć wrażenie, że całe to wybrzeże jest tylko dla nas. Później pewnie zrobiło się znacznie tłoczniej, ale my mieliśmy ten moment ciszy i pustej ścieżki, zanim Étretat na dobre się obudziło.

    Dzisiaj, po dwóch latach, pamiętam właśnie takie szczegóły. Zaczynający padać deszcz, trochę zgubiony szlak, pole golfowe, puste ścieżki i te momenty, kiedy zatrzymywaliśmy się na chwilę, żeby popatrzeć na klify. Zwiedzaliśmy szybko, trochę uciekając przed pogodą, ale chyba właśnie przez to ten dzień miał swój własny klimat.

    Normandia coraz częściej wraca do mnie we wspomnieniach. Mont Saint-Michel, Étretat, drogi, klify, morze, słońce, deszcz i te wszystkie małe sytuacje, których nie da się zaplanować. Dwa lata temu byliśmy tam pierwszy raz, a dzisiaj mam wrażenie, że spokojnie mógłbym tam wrócić i przejść te same ścieżki jeszcze raz.

    Może tym razem udałoby się nie zgubić szlaku…

  • Pamiętam naszą drogę do Mont Saint-Michel. Chyba ze trzy kilometry szliśmy wśród tłumów, a im bliżej byliśmy celu, tym ludzi było oczywiście coraz więcej. Samo dojście było już niezłym doświadczeniem, bo z jednej strony człowiek chciał spokojnie podziwiać widoki, a z drugiej cały czas miał wrażenie, że razem z nim w tę samą stronę zmierza pół Europy. Na dziedzińcu było jeszcze więcej ludzi, momentami naprawdę trudno było znaleźć kawałek wolnej przestrzeni. Mimo wszystko Mont Saint-Michel robi ogromne wrażenie i nawet tłumy nie są w stanie całkowicie odebrać tego pierwszego zachwytu, kiedy w końcu stajesz przed tym niezwykłym miejscem.

    Z tego dnia zapamiętałem jednak coś jeszcze. Moją córkę, która ukradkiem słuchała podcastu. Prowadzący zadał pytanie dotyczące pierwszej religii czy pierwszego kultu na świecie. Słucham jednym uchem, córka słucha swoim sposobem, idziemy przez Normandię, dookoła tłum ludzi, słońce, wakacyjny klimat i nagle, zupełnie bez żadnego przygotowania, pada odpowiedź:

    WIEDZA.

    Do dzisiaj mnie to bawi. Wyobrażam sobie prowadzącego podcast, który przygotował pytanie pewnie wymagające trochę bardziej konkretnej odpowiedzi, a tutaj gdzieś w drodze do Mont Saint-Michel moja córka postanawia najwyraźniej rozpocząć własną filozoficzną interpretację historii ludzkości.

    Takie właśnie momenty najbardziej lubię we wspomnieniach z podróży. Po czasie nie zawsze pamięta się dokładnie, gdzie zaparkowaliśmy, ile kilometrów przeszliśmy albo jak długo staliśmy w kolejce. Pamięta się za to konkretne zdania, śmiech, jakieś przypadkowe sytuacje i rzeczy, które wydarzyły się zupełnie spontanicznie. Mont Saint-Michel był oczywiście piękny, Normandia była słoneczna, a spacer wśród tłumów był częścią całej wyprawy. Jednak po czasie okazuje się, że jedno krótkie słowo potrafi zostać w głowie bardziej niż cała reszta.

    WIEDZA.