• Byłem ostatnio na biegu ulicznym. Lokalna impreza, świetny festyn dla dzieci, ale został mi w głowie wybitny obraz: starszy mężczyzna, wyraźnie najstarszy w całej stawce, który dobiegł do mety jako ostatni. Nie było w tym nic przegranego ani smutnego. Raczej coś spokojnego, jakby tempo nie miało już znaczenia. Widać było, że nie walczy z czasem, tylko po prostu biegnie swoim rytmem. I wtedy pojawiła się myśl, że długowieczność kiedyś i dziś to dwie różne rzeczy. Kiedyś chodziło o samo przeżycie jak najdłużej, dziś coraz częściej o to, żeby to życie było zgodne z hasłem: better, faster, stronger.

    Dawniej dożycie siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu lat było rzadkie. Organizm szybciej się zużywał, brakowało leczenia, praca fizyczna była cięższa, a codzienność bardziej wyniszczająca. Starszy wiek często oznaczał ograniczenia i brak energii. Dziś coraz więcej osób w tym wieku nadal chodzi, biega, startuje w zawodach. Zmieniło się nie tylko to, ile żyjemy, ale też jak wyglądają ostatnie dekady życia. Ruch przestał być wyjątkiem, stał się czymś normalnym także po sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce.

    Fauja Singh jest jednym z najbardziej znanych przykładów późnej aktywności. Zaczął biegać dopiero po osiemdziesiątce. Wcześniej nie miał sportowego życia, a mimo to w bardzo zaawansowanym wieku ukończył maraton. Biegał bez presji wyniku, bardziej jako element codzienności niż rywalizacji. Jego historia uderza prostotą. Nie zmieniał całego życia, tylko wszedł w ruch i został w nim na lata.

    Ed Whitlock to inny przypadek. Biegał przez większość życia, ale prawdziwą uwagę świata przyciągnął dopiero jako starszy człowiek. W wieku siedemdziesięciu i osiemdziesięciu lat osiągał wyniki w maratonie, które dla wielu młodszych biegaczy były poza zasięgiem. Trenował w prosty sposób, bez skomplikowanych planów, często samotnie w parku. Powtarzalność była jego podstawą. Nie szukał nowości, tylko trzymał się tego samego rytmu przez lata.

    Harriette Thompson ukończyła maraton w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat. To nie była tylko historia sportowa. W tle była walka z chorobą nowotworową i trudności zdrowotne. Bieganie było dla niej sposobem na utrzymanie kontroli nad własnym ciałem i codziennością. Nie traktowała tego jako rekord, raczej jako normalny dzień w ruchu. Jej przykład pokazuje, że aktywność w późnym wieku może być formą trzymania się życia, a nie jego dodatkiem.

    Gene Dykes zaczął poważniejsze bieganie dopiero po pięćdziesiątce. Z czasem wszedł na poziom, który pozwalał mu rywalizować z najlepszymi w swojej kategorii wiekowej na świecie. Podchodził do treningu bardzo analitycznie, sprawdzał tempo, regenerację, planował obciążenia. Jednocześnie nie zatracił w tym radości biegania. Jego historia pokazuje, że późny rozwój w sporcie jest możliwy, jeśli ciało i głowa idą w tym samym kierunku.

    Jeannie Rice od lat należy do najszybszych biegaczek w swojej grupie wiekowej. Mając ponad siedemdziesiąt lat, wciąż osiąga wyniki, które w wielu przypadkach biją rekordy świata masters. Jej podejście jest bardzo stabilne. Dużo biegania, brak skrajnych metod, regularność przez dziesięciolecia. Nie ma w tym nagłych skoków formy, raczej spokojne utrzymywanie poziomu przez bardzo długi czas.

    Sister Madonna Buder znana jako „Iron Nun” zaczęła starty w triathlonach w wieku, w którym większość ludzi kończy intensywną aktywność. Z czasem brała udział w zawodach Ironman, łącząc pływanie, rower i bieganie. Jej podejście było bardziej duchowe niż sportowe w klasycznym sensie. Traktowała wysiłek jako część życia i wewnętrznej równowagi. Jej przykład pokazuje, że ruch może mieć znaczenie wykraczające poza sam sport.

    Orville Rogers zaczął poważne bieganie po pięćdziesiątce, a mimo to startował w zawodach nawet po setce. Nie był sportowcem od młodości, a jednak zbudował formę, która pozwalała mu uczestniczyć w biegach w bardzo późnym wieku. Traktował bieganie jak codzienny nawyk, coś tak naturalnego jak spacer. Nie było w tym wielkiej presji, tylko konsekwencja.

    Wally Hayward przez dekady utrzymywał wysoki poziom w biegach długodystansowych. Startował i wygrywał zawody masters, kiedy większość jego rówieśników już nie była aktywna fizycznie. Wyróżniała go odporność i zdolność dostosowania treningu do zmieniającego się ciała. Nie trzymał się jednej formy, tylko zmieniał podejście w zależności od wieku i możliwości.

    John Keston łączył życie aktora z bieganiem. W późnym wieku nadal startował w maratonach i półmaratonach, także po osiemdziesiątce i dziewięćdziesiątce. Dla niego ruch był częścią ekspresji, nie tylko treningiem. Bieganie nie stało w konflikcie z jego zawodem, raczej go uzupełniało.

    Tom Longboat był jedną z historycznych postaci biegania długodystansowego. Jego kariera pokazała już na początku XX wieku, że wytrzymałość może być czymś wyjątkowym i inspirującym. Stał się symbolem tego, jak sport może budować legendę i wpływać na kolejne pokolenia biegaczy.

    W końcu, nasze podwórko! Jedną z najważniejszych postaci jest Jerzy Bednarz. To człowiek, który przez lata prowadził statystyki polskich biegaczy długodystansowych i sam był jednym z najbardziej aktywnych maratończyków w kraju. Ma na koncie setki startów w maratonach i ultra, a jego podejście zawsze było bardzo proste: regularność, konsekwencja i bieganie przez lata, a nie sezonowo. Dla wielu osób w środowisku był symbolem długiego trwania w sporcie, nie jednego dobrego okresu. Bliski mojemu sercu, gdyż miałem szanse go poznać oraz z nim biegać.

    Barbara Gil to jeden z najmocniejszych kobiecych przykładów w Polsce. Przez lata startowała w ogromnej liczbie maratonów, budując wynik, który plasował ją w czołówce krajowych statystyk biegów długodystansowych. Nie była zawodową gwiazdą sportu, tylko osobą, która konsekwentnie przez dekady pojawiała się na trasach. Jej historia dobrze pokazuje, że w bieganiu masters liczy się przede wszystkim ciągłość, a nie pojedyncze sezony formy.

    Barbara Szlachetka była jedną z najbardziej intensywnych biegaczek w Polsce pod względem liczby startów w maratonach w krótkim okresie czasu. W jej przypadku widać ekstremalną regularność i bardzo wysoką częstotliwość startów. To przykład podejścia, gdzie bieganie nie jest dodatkiem do życia, tylko jego stałym rytmem.

    Tamten starszy mężczyzna z biegu wraca teraz w inny sposób. Nie jako ktoś, kto był ostatni, tylko jako ktoś, kto nadal był w biegu. I to chyba najprostsze podsumowanie długowieczności w ruchu. Nie chodzi o tempo ani miejsce. Chodzi o to, że człowiek wciąż się porusza i nie zatrzymuje się wcześniej niż musi.

    Zrobiłem przegląd badań z Internetu i literatury naukowej o biegaczach, długowieczności i diecie. Obraz jest dość spójny, ale nie jest czarno-biały.

    Jedno z częściej cytowanych badań kohortowych to analiza sub-4 minutowych milerów, czyli elity biegaczy średniodystansowych. W pracy „Outrunning the grim reaper” na grupie 200 takich zawodników wykazano, że żyli średnio około 4–5 lat dłużej niż populacja ogólna, a w starszych dekadach nawet więcej . Wniosek był prosty: bardzo wysoka wydolność tlenowa i wieloletni trening nie skraca życia, a raczej je wydłuża.

    Podobne obserwacje pojawiają się w klasycznych badaniach populacyjnych. W Harvard Alumni Health Study wykazano, że większa ilość aktywności fizycznej, szczególnie tej o wyższej intensywności, wiązała się z niższą śmiertelnością ogólną . Co ważne, efekt dotyczył głównie ruchu „treningowego”, a nie samej lekkiej aktywności. To sugeruje, że organizm potrzebuje pewnego bodźca intensywności, żeby adaptacje były długoterminowo korzystne.

    Bardzo znane są też dane z badania Østerbro (Kopenhaga), gdzie porównywano biegaczy rekreacyjnych z osobami niebiegającymi. Wnioski były dość proste: umiarkowane bieganie wiązało się z niższą śmiertelnością i dłuższym życiem, ale najbardziej korzystny efekt miała grupa biegająca „lekko do umiarkowanie”, a nie ekstremalnie dużo . To wprowadza ważny motyw: relacja między bieganiem a długością życia nie jest liniowa. Jest raczej krzywą, gdzie środek daje najwięcej korzyści.

    Z drugiej strony badania na bardzo ekstremalnych biegaczach pokazują bardziej złożony obraz. W części analiz widać, że wieloletni ultramaratończycy i osoby o bardzo wysokim obciążeniu treningowym mają świetne parametry sercowo-naczyniowe, ale jednocześnie mogą mieć adaptacje strukturalne serca, które budzą dyskusje naukowe (np. włóknienia czy arytmie u części osób). Nie oznacza to skrócenia życia jako całości, ale raczej to, że „więcej” nie zawsze znaczy „lepiej”.

    Jeśli chodzi o dietę, w badaniach na biegaczach i sportowcach długodystansowych powtarza się kilka wspólnych wzorców. Najczęściej jest to dieta oparta o produkty nieprzetworzone, wysoką podaż węglowodanów jako paliwa treningowego, umiarkowaną ilość białka i niską podaż ultraprzetworzonej żywności. W dużych analizach kohortowych (np. populacje biegaczy rekreacyjnych i osób aktywnych) właśnie taki model żywienia koreluje z niższą śmiertelnością i mniejszym ryzykiem chorób sercowo-naczyniowych.

    Warto też dodać, że w wielu współczesnych analizach (np. duże kohorty fitness i VO₂max) najważniejszym predyktorem długowieczności nie jest sam fakt biegania, tylko wydolność tlenowa i jej utrzymanie w średnim i starszym wieku. Innymi słowy: nie tyle „ile biegasz”, tylko „jak sprawne jest twoje ciało przez lata”.

    Umiarkowane i regularne bieganie jest silnie powiązane z dłuższym życiem, bardzo wysoka wydolność zwykle też nie szkodzi, a często pomaga, ale skrajne obciążenia mogą wprowadzać zmienne ryzyka, które nie są jeszcze do końca rozumiane. Najbardziej stabilny wzorzec długowieczności u biegaczy to nie ekstremum, tylko konsekwencja przez dekady.

    Na koniec wszystko sprowadza się do jednej rzeczy.

    Im więcej czytam badań i im więcej patrzę na historie tych biegaczy, tym bardziej widzę, że klucz nie leży w żadnych skrajnościach ani w maksymalizowaniu treningu, ani w perfekcyjnym kontrolowaniu diety, ani w szukaniu „optymalnych” rozwiązań na każdy dzień. Największe znaczenie ma umiarkowanie i prostota.

    Ci ludzie, którzy trzymają formę przez dekady i dobrze się starzeją, rzadko robią coś spektakularnego. Nie zmieniają ciągle planów treningowych, nie kombinują co chwilę z dietą, nie szukają cudownych metod. Raczej przez lata robią podobne rzeczy, dostosowując je tylko do tego, jak zmienia się ich ciało i wiek.

    To samo widać w badaniach. Największe korzyści zdrowotne nie pochodzą z ekstremalnego wysiłku, tylko z regularnej, powtarzalnej aktywności. Podobnie z jedzeniem — nie z idealnych diet, tylko z prostego, stabilnego sposobu odżywiania, bez dużych wahań i skrajności.

    Dlatego coraz bardziej mam wrażenie, że długowieczność nie wynika z „optymalizacji wszystkiego”, tylko z unikania chaosu. Nie za mało ruchu, ale też nie przesada. Nie dieta idealna, ale też nie przypadkowe jedzenie. Nie życie podporządkowane każdemu detalowi, ale też nie brak jakiejkolwiek struktury.

    I chyba właśnie w tym jest najprostsza odpowiedź. Nie trzeba robić rzeczy perfekcyjnie. Wystarczy robić je spokojnie i konsekwentnie przez długi czas.

    1. Duże badanie maratończyków – śmiertelność

    2. Przegląd ryzyka zgonu w maratonach

    3. Kohorta: aktywność fizyczna i długowieczność

    4. Klasyczne badania biegaczy rekreacyjnych

    5. Marathon running and cardiovascular outcomes (różne przeglądy)

  • W tym tygodniu pojechałem na bieg dookoła jeziora, 10. edycja. Tym razem sam, bez większego planowania, po prostu wyszło tak, że wsiadłem w samochód i pojechałem.

    Nad ranem przeszła nawałnica, więc przez chwilę nie było wiadomo, czy warunki będą w ogóle sensowne. Ostatecznie pogoda się uspokoiła i zrobiło się dokładnie tak, jak trzeba do biegania, rześkie powietrze, lekki chłód, bez przesady, ale wystarczająco, żeby dobrze wejść w rytm.

    Na miejscu był festyn charytatywny, więc całość miała dużo życia wokół. Nie tylko sam bieg, ale też ludzie, ruch i taka lokalna energia, która robi różnicę w tego typu wydarzeniach.

    Była też dodatkowa akcja gdzie Proboszcz parafii prowadził zbiórkę na wózek dla sparaliżowanego dziecka. Widać było, że ludzie naprawdę się w to włączają, bez wielkich słów, po prostu z potrzeby pomocy. Udało się zebrać potrzebną kwotę, a wózek został użyty po raz pierwszy właśnie przy tym biegu, co nadało całej historii jeszcze bardziej symboliczny wymiar.

    Wracam tam kolejny rok z rzędu. To już trochę stały punkt, coś co się powtarza i nie wymaga większego zastanawiania się. Po prostu jest i działa.

    Zwykły dzień, ale z tych, które zostają w głowie trochę dłużej niż powinny.

  • Tydzień 22. Simon Waterson – Trening to za mało. Ćwicz i buduj formę jak gwiazda Hollywood

    W tym tygodniu sięgnąłem po „Trening to za mało. Ćwicz i buduj formę jak gwiazda Hollywood” Simona Watersona. Co ciekawe, nie był to wcześniej zaplanowany wybór. Książka od dawna stała na półce w innym pomieszczeniu i z jakiegoś powodu akurat teraz poczułem potrzebę, żeby po nią sięgnąć. Czasami niektóre rzeczy po prostu same wracają w odpowiednim momencie.

    Dodatkowo zwróciłem na nią uwagę przez przedmowę napisaną przez Daniela Craiga, którego od lat bardzo lubię zarówno jako aktora, jak i człowieka. Wiedząc, jak wyglądały jego przygotowania do roli Jamesa Bonda, byłem ciekaw, jak od kuchni wygląda praca z kimś, kto stoi za takimi transformacjami fizycznymi.

    Simon Waterson jest trenerem, który przez lata pracował z aktorami przygotowującymi się do wymagających ról filmowych. I właśnie na tych doświadczeniach opiera całą książkę. Najciekawsze były dla mnie opisy przygotowań aktorów do konkretnych ról filmowych. Waterson pokazuje, jak w stosunkowo krótkim czasie można zbudować formę potrzebną na planie zdjęciowym. Jednocześnie nie przedstawia tego jako „magii” ani efektu jednego planu treningowego. Wręcz przeciwnie – podkreśla, jak ogromną rolę odgrywają dieta, regeneracja, sen i codzienna dyscyplina. Za efektami, które na ekranie wyglądają spektakularnie, stoi zwykle znacznie więcej pracy, niż widać na pierwszy rzut oka.

    Dużo miejsca poświęca też temu, co dzieje się poza siłownią. Forma nie jest tu traktowana jako coś, co buduje się wyłącznie treningiem, ale jako suma wielu małych decyzji podejmowanych każdego dnia. W tym sensie książka bardziej porządkuje podejście do własnego ciała i nawyków niż odkrywa coś zupełnie nowego.

    To nie jest lektura, która rewolucjonizuje myślenie o treningu. Bardziej pokazuje, że nawet spektakularne przemiany nie wynikają z wyjątkowych sekretów, tylko z konsekwencji i pełnego skupienia na celu przez określony czas.

    Po lekturze zostaje przede wszystkim myśl, że forma nie powstaje wyłącznie na siłowni. Powstaje w całym dniu – w tym, jak śpimy, jemy, odpoczywamy i jak konsekwentni jesteśmy w małych rzeczach.

    Eng

    Week 22. Simon Waterson – Training Is Not Enough. Train and Build a Hollywood-Star Physique

    This week I picked up “Training Is Not Enough. Train and Build a Hollywood-Star Physique” by Simon Waterson. Interestingly, it wasn’t a planned choice. The book had been sitting on a shelf in another room for a while, and for some reason I felt the need to reach for it now. Sometimes certain things simply resurface at the right moment.

    Another reason I noticed it was the foreword written by Daniel Craig, whom I’ve long appreciated not only as an actor but also as a person. Knowing how his preparation for the role of James Bond looked, I was curious to see what working with someone behind such physical transformations actually involves.

    Simon Waterson is a trainer who has spent years working with actors preparing for demanding film roles, and the book is built around those experiences. What stood out most to me were the descriptions of how actors are prepared for specific roles. Waterson shows how it is possible to build the required physical condition for filming in a relatively short time. At the same time, he does not present this as “magic” or the result of a single training plan. On the contrary, he emphasizes the importance of diet, recovery, sleep, and everyday discipline. Behind the on-screen transformations that look dramatic, there is usually far more work than what is visible at first glance.

    He also focuses a lot on what happens outside the gym. Fitness is not treated as something built only through training, but as the sum of many small daily decisions. In this sense, the book is less about discovering something entirely new and more about organizing and reinforcing the basics.

    This is not a book that radically changes how you think about training. Instead, it shows that even the most impressive transformations are not the result of secret methods, but of consistency and complete focus on a goal over a period of time.

    What stays with me after reading is the idea that fitness is not built in the gym alone. It is built throughout the entire day – in how we sleep, eat, recover, and how consistent we are in small things.

  • Tydzień 21. Fiodor Dostojewski – Bracia Karamazow

    W tym tygodniu sięgnąłem po Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego. To jedna z tych książek, do których nie wraca się lekko ani przypadkiem. Raczej wtedy, kiedy ma się w sobie gotowość na coś cięższego – moralnie, emocjonalnie i intelektualnie.

    Historia rodziny Karamazow od początku jest napięta i nieprzyjemna w swoim realizmie. Ojciec i trzej synowie, każdy inny, każdy w jakiś sposób poraniony i uwikłany w relację, która od początku wydaje się skazana na konflikt. To nie jest opowieść o rodzinie w klasycznym sensie, raczej o rozpadzie więzi i o tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy nie ma już prostych odpowiedzi.

    Najmocniej zostaje we mnie to, jak Dostojewski traktuje pytania o wiarę, wolność i odpowiedzialność. Nie daje gotowych odpowiedzi, raczej zmusza do ciągłego stawiania pytań, które są niewygodne i często pozbawione jednoznacznych rozwiązań. Zwłaszcza wątek Iwana i jego wewnętrznych zmagań zostaje w głowie na długo, bo dotyka granicy między rozumem a wiarą, między logiką a czymś, czego nie da się łatwo wyjaśnić.

    Sam Dostojewski też jest dla mnie autorem, którego nie da się czytać „na chłodno”. Jego biografia, doświadczenia i obsesje wchodzą w tekst bardzo wyraźnie. W „Braciach Karamazow” czuć to szczególnie mocno – jakby każda postać była fragmentem większego wewnętrznego sporu.

    To nie jest książka, którą czyta się dla fabuły. Raczej dla ciężaru myśli, które zostają po niej jeszcze długo. Momentami męcząca, momentami przytłaczająca, ale właśnie przez to trudno ją z siebie wyrzucić.

    Ten tydzień był bardziej o mierzeniu się z pytaniami, na które nie ma wygodnych odpowiedzi, niż o samej historii.

    ENG

    Week 20. Fyodor Dostoevsky The Brothers Karamazov.

    This week I turned to “The Brothers Karamazov” by Fyodor Dostoevsky. It is not a book one returns to lightly or by accident. It feels more like something you approach when you are ready for something heavier – morally, emotionally and intellectually.

    The story of the Karamazov family is tense and unsettling in its realism from the very beginning. A father and three sons, each different, each in some way wounded and bound together in a relationship that feels doomed to conflict from the start. It is not really a story of a family in a traditional sense, but rather of the breakdown of bonds and what happens to a person when there are no easy answers left.

    What stayed with me most is how Dostoevsky treats questions of faith, freedom and responsibility. He does not offer clear answers, but instead forces the reader into constant questioning, often uncomfortable and unresolved. Especially Ivan’s storyline stays in the mind for a long time, as it touches the boundary between reason and faith, between logic and something that cannot be easily explained.

    Dostoevsky himself is also an author who cannot really be read in a detached way. His biography, experiences and inner struggles are strongly present in his writing. In “The Brothers Karamazov” this is especially visible, as if each character were a fragment of a larger internal conflict.

    This is not a book to read for the plot. It is more about the weight of thoughts it leaves behind. At times exhausting, at times overwhelming, but precisely for that reason hard to forget.

    This week was more about confronting questions without comfortable answers than about the story itself.

  • Wypad do miasta z żoną, czyli dla człowieka mieszkającego praktycznie przy lesie prawie jak city break. Na co dzień słyszy ptaki i patrzy na drzewa, więc kilka godzin między kamienicami działa jak zmiana strefy klimatycznej.

    Od rana zaskakująco spokojnie, bez większego ruchu i całego miejskiego chaosu, który zwykle człowieka odstrasza. Dało się normalnie pochodzić, popatrzeć i poczuć klimat miasta bez potrzeby uciekania po godzinie.

    Fajnie też obserwować, jak wszystko dynamicznie zmienia się na plus. Więcej zieleni, nowe miejsca, sporo drobnych zmian, które robią różnicę i sprawiają, że miasto wygląda coraz lepiej. Nadal tylko obowiązuje stara miejska tradycja, czyli znalezienie miejsca parkingowego graniczy momentami z cudem.

    Za to kawa na Jasnych Błoniach wynagrodziła wszystko. Słońce, spokojny spacer i taki moment, kiedy człowiek przypomina sobie, że czasem dobrze jest wyrwać się nawet kilka kilometrów od swojej codzienności.