Świat przyspieszył do granic absurdu. W polskim markecie leży szczypiorek z Kenii, jabłka z drugiego końca kontynentu, a wszystko to wygląda jak norma. Jedzenie podróżuje tysiące kilometrów, zanim trafi na nasz talerz, jakby lokalność przestała mieć znaczenie. W tym samym czasie tuż obok toczy się wojna, a gdzieś dalej kolejna już się tli. Informacje płyną bez przerwy, dramat za dramatem, kryzys za kryzysem. Trudno się w tym nie pogubić.
Ten teatr trwa, a my jesteśmy jednocześnie widzami i uczestnikami. Scrollujemy wiadomości między jednym a drugim zakupem produktów „znikąd”, próbując zachować spokój. Jak nie zwariować?
Coraz częściej widzę też, że w mojej małej społeczności większość osób jakby się tym nie przejmuje, nie bierze w tym udziału emocjonalnie. Kiedyś nazwałbym to nonszalancją, dziś zaczynam myśleć, że to po prostu jakieś rozwiązanie. Może instynktowne odcięcie się od nadmiaru bodźców, może forma ochrony.
Może odpowiedź jest prostsza, niż się wydaje. Zatrzymać się. Ograniczyć hałas. Wrócić do rzeczy bliskich i realnych, do ludzi, do miejsca, do codziennych, małych wyborów. Nie zmienimy całego świata naraz, ale możemy odzyskać kawałek własnego. A czasem to już bardzo dużo.


Dodaj komentarz