Chyba nie zrobię tego Majorsa. Od kilkunastu lat próbuje, ale nie mam szczęścia w loterii. Przynajmniej drugi raz pobiegłem w Berlinie sztandarowy (jedyny oficjalny?) maraton. Moje zdziwienie było ogromne kiedy dostałem email o wylosowaniu mojego nazwiska i umieszczeniu mnie na liście startowej. Jeszcze większe zdziwienie gdy ledwo zdążyłem po pakiet startowy dzień przed startem.
Zazwyczaj jadąc do Berlina nie nocujemy, mamy blisko. W tym przypadku, jak kiedyś przed maratonem w Berlinie, a od ostatniego to już kilkanaście lat, nocujemy w Neukölln. W tej dzielnicy zostawiamy bezpiecznie auto, ale za to wracamy po ów z przesiadką. Trasa maratonu przecina wiele dróg również poza centrum.
Pakiet startowy odbieram na lotnisku Tempelhof. Nie lada atrakcja dla miłośników transportu powietrznego. Ogólny ścisk i przepychanki tuż za bramkami bezpieczeństwa, których jest kilka. Wejście mają tylko uczestnicy. Duży maraton – duże zamieszanie.
Na chwile przed startem zdaje sobie sprawę, iż rozgrzałem się przedwcześnie. Do startu ruszamy falami ponieważ są duże opóźnienia i startuję pół godziny po założonym czasie. Nie martwi mnie to. Ominiemy dzięki temu popołudniowe korki.
Sam maraton przebiegał przewidywalnie. Bez większych kłopotów dobiegłem na metę, z której zadzwoniłem do żony. Był zachwycona widząc taki tłum na błoniach pod Bundestagiem. pokojowy tłum nadmienię. 🙂
Być może w przyszłym roku poszczęści mi się z Nowym Jorkiem lub Londynem. Chicago, po ostatniej wizycie, powinno wystarczyć na kilka lat w przód. Może czas na nigdy nie zdobyte Tokio?

PS: Wrzucam stare zdjęcie z widokówki. Z czasów gdy na zdjęcie nie załapał się żaden turysta 🙂

Dodaj komentarz